|
piątek, 25 grudnia 2009
TO, CO PRAWDZIWE...
Żył sobie raz na świecie pewien człowiek, który miał marzenia. Największym jego marzeniem było przeżyć kiedyś Boże Narodzenie, takie prawdziwe. Opowiadał o tym marzeniu swoim rodzicom, swoim przyjaciołom, wszystkim. To marzenie było jak obsesja, wielkie, gorące i – co najważniejsze – wsparte wiarą w to, że Prawdziwe Boże Narodzenie jest możliwe i może się spełnić. Wszyscy, którzy słyszeli o tym jego marzeniu robili przysłowiowe „wielkie oczy” i czasem komentowali, że to niemożliwe, bo przecież na przykład niemożliwe jest, by na Boże Narodzenie spadł śnieg i był mróz. Cóż tam jednak śnieg… Życie pokazało, że natura, meteorologia, to najmniejszy, najmniej istotny szczegół. Ów człowiek wymarzył sobie tak Prawdziwe Boże Narodzenie: Przygotowania zaczynają się bardzo wcześnie, ot, wtedy, kiedy szybko robi się ciemno i zaczynają się „długie, zimowe wieczory”. Wierzył, że dusza ludzka wtedy już zaczyna się wyciszać, spowalniać, ogrzewać przy domowym ogniu… I maluje się szyszki na złoto. I robi łańcuchy z kolorowego papieru, bałwanki z waty, zupełnie, jak te, który kiedyś, przed laty zrobiła dla niego babcia, ozdoby z wydmuszek – zupełnie jak te, które kiedyś widział w książce dla dzieci, którą babcia miała jeszcze sprzed wojny. I maluje się szyszki na złoto. Wyobrażał to sobie tak, że siedzi rodzina, choćby najmniejsza, niechby była dwuosobowa, przy kuchennym, czy jadalnianym stole, maluje szyszki na złoto i rozmawia. Opowiadają sobie różne historie w te długie, zimowe wieczory. Wspominają zdarzenia z przeszłości, ludzi napotkanych kiedyś na swej drodze, przyjaciół, przodków, dziadka, kiedy był mały, albo kiedy był studentem i płatał figle koleżankom. A potem jest śnieg. Idzie się po choinkę, śnieg skrzypi pod butami… Wraz z choinką w domu gości zapach lasu. I koniecznie pasty do podłogi. I jedzenia przygotowywanego na ten szczególny czas. Podarki wszyscy kupują z radością, chowają w przemyślnych kryjówkach, a radość rozsadza ich serca na myśl, jak zdziwieni będą obdarowani bliscy. Zdziwieni, że oto pamiętało się o ich marzeniach, o tym, co komu naprawdę potrzebne, co komu sprawi wielką radość. Strojąc choinkę śpiewa się kolędy, albo rozmawia… Albo – jak w dzieciństwie – stroi się choinkę z ojcem, by potem zawołać mamę, która oderwana od kulinarnego królestwa przyjdzie i będzie podziwiała wspólne dzieło ojca i syna. W dzieciństwie, kiedy zawiesi się na choince lampki, ustroi ją pięknie, a potem zapatrzy się w oświetlone gałęzie – widać całą tajemnicę szczęścia: zupełnie, jakby się przeniosło do zaczarowanego, magicznego lasu, pełnego mówiących saren, jeleni, przyjaznych zajączków – jak w prawdziwej, najprawdziwszej bajce. A potem do kolacji zasiada rodzina. Jest ciepło, bezpiecznie… Wszyscy są uroczyści, dookoła panuje podniosły, trochę tajemniczy nastrój, nastrój święty Mikołaj, oczywiście przylatuje na swych saniach, nie wiadomo kiedy. Najczęściej wtedy, kiedy dzieci myją rączki po kolacji. I ponad wszelką wątpliwość był tu właśnie on, we własnej osobie. Nawet chyba trochę mrozu ze sobą przywiózł i zapach śnieżnego, mroźnego nieba… A potem – potem, kiedy się śpiewa kolędy, przy świecach i lampkach choinkowych, to naprawdę wiadomo, że „Bóg się rodzi” i że to wszystko wydarzyło się naprawdę w „mizernej, cichej, stajence lichej”. I widzi się poruszonych dobrą nowiną pastuszków, przejętych wielkim wydarzeniem trzech królów i małą szopkę, w której zdarzyło się coś bardzo ważnego i bardzo pięknego. A potem – ludzkie sprawy – zdarza się przeciążyć brzuszek, poczuć ciepłe, serdeczne znużenie i położyć się do ciepłego łóżka, by rano przebudzić się i na nowo cieszyć magią dziejącą się dookoła. Wszystko to dzieje się w prawdziwym rodzinnym domu, gdzie są stare meble i pamiątki po przodkach, pokryte nieco kurzem stuleci, mimo świątecznych porządków. Każdy ma czas na odpoczynek, na pobycie samemu ze sobą, na refleksję, ale też na pobycie z tymi, którzy są najbliżsi, najdrożsi… Na długie, nocne rozmowy z przyjaciółmi, w świetle migocących świec. Nie ma konwenansów – jest spontaniczność, serdeczność, szczerość, szczerość poza dzieleniem się opłatkiem na początku wieczerzy – przez długie dwa dni można też dzielić się z innymi własnym sercem.
Od dzieciństwa, kiedy takie marzenia w człowieku powstały, minęło wiele, wiele lat. Meteorologia faktycznie nawaliła… Albo sucho i wietrznie, w najlepszym razie – chlapa. Przygotowań i „długich zimowych wieczorów” już nie ma przy jadalnianym stole. Jadalniany stół i szyszki malowane na złoto w dziwny sposób przekształciły się w sklepową ladę z chińskimi zabawkami, którymi pstrzy się przyniesione w biegu, pół łyse drzewko. Książka babci, ta jeszcze sprzed wojny, gdzieś się zapodziała. Przeżyła całą wojenną zawieruchę, ale nie dane było przeżyć jej zamieci współczesności. Zamiast historii z przeszłości, o psikusach dziadka, opowiada się o kolejkach i tłumach w centrach handlowych. O tym, że jeszcze tyle do zrobienia, a tu nie ma czasu, bo praca, bo po prezenty trzeba iść… Wujkowi kupimy skarpetki, cioci – nocną koszulę, albo zestaw do kąpieli w promocyjnej cenie. Choinkę ubiera się późną nocą, po powrocie z pracy, ledwo widząc na oczy. O ile w ogóle zdąży się ją kupić. Trzeba pomyśleć o zamówieniach, bo ludzie będą chcieli kupować… Trzeba posiedzieć dłużej w pracy, bo towar musi być rozłożony, bo ludzie chcą kupować. A potem… Potem siada się do Wigilii później, niż się planowało. Bo każdy chciał jeszcze kupić wstążeczkę, mimo, że tak naprawdę czas było już się przebierać w odświętny strój. Ale nie – nie można było wyjść z pracy, bo przecież klienci mają rodziny, dla których muszą też kupić podarki – już ubrani odświętnie – po drodze na kolację wigilijną, wpadają do centrum handlowego kupić rzeczone skarpetki… A nie, to majtki, nie szkodzi, niech będą majtki, też się przydadzą… Damskie? Nie szkodzi, będą dla siostrzenicy… Podarki trzeba było kupić w ostatniej chwili, bo wcześniej naprawdę nie było kiedy. I trzeba było się przepychać, złorzeczyć w kilometrowych kolejkach do kasy… Człowiek, który miał marzenia, został sprzedawcą. Dowlókł się na kolację, do której usiadł tak, jak stał. Po dwóch godzinach czuł, że wszystko odpływa, że niczego tak nie pragnie, jak snu. Snu, w którym jest ciepły, cichy, spokojny rodzinny dom, pełen starych mebli i przyprószonych kurzem stuleci pamiątek po dziadkach… I odtąd marzył już tylko o tym, aby wigilijna noc, była na tyle długa, aby to wszystko, o czym zawsze marzył, zdążyło mu się chociaż przyśnić… Marzył też o tym, aby, kiedy już będzie bardzo stary i przyjdzie jego kres – umierać mroźną, zimową nocą. Tak, aby ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszy, był dźwięk zbliżających się dzwoneczków sań…
piątek, 13 listopada 2009
"ŻYCIE IDIOTY TO NIE BUŁKA Z MASŁEM" - za inspiracją Odwodnika
Tak w ogóle to własnie miałem wychodzić z domu, bo ja mam naprawdę bardzo duzo spraw na głowie w trakcie mojego tworu urlopopodobnego (całe dwa dni). Ale Odwodnik zainspirowała mnie – bo faktycznie…
czwartek, 12 listopada 2009
KOPIUJ - WKLEJ
Pewna znajoma studentka kończy studia. To znaczy – pisze pracę magisterską.
Po prawie pięciu latach studiów, poprzedzonych nauką w liceum ogólnokształcącym napisanie pracy magisterskiej wydaje się jej koszmarem nie do przeskoczenia.
niedziela, 25 października 2009
ZAPISKI SPOD RÓŻY ;-) ciąg jeszcze dalszy...
Podróż powrotna jest jakimś cudem poniekąd przyjemniejsza, niż podróż do stolicy. Pomimo obecności dość wymagającego dziecka w przedziale (powinny być osobne, wygłuszone przedziały, dla podróżnych z dziećmi, przy całym zrozumieniu i tolerancji), nie jest nadziany jak karp na Boże narodzenie (przedział, bo chyba pisanie na trzęsącym się laptopie wychodzi mi chaotycznie) i - odnośnie nawiasu - trzęsie, ale nie aż tak. Ale dupa boli tak samo... Może nawet bardziej. Wczorajszy wieczór bardzo udany, proszę się nie oburzać. Nikt mnie do tego spotkania nie przymuszał, sam pojechałem, bo uznałem, że w ten sposób najlepiej załatwię to, co mam do załatwienia i jakoś podskórnie czuję, że idę dobrą drogą. Również podskórnie czuję, że droga będzie długa i usiana przeszkodami, przy których Fort Boyard (to się chyba jakoś inaczej pisze...) to pikuś (czy też PAN PIKUŚ jak to się teraz mówi), ale na końcu majaczy chyba coś naprawdę fajnego. Chyba, że nie widzę tego, że wędruję po torach, a to fajne na końcu to światełka nadjeżdżającego pociągu, bo tak też może być. Ze spraw organizacyjnych - kusi mnie wciąż uruchomienie nowego bloga, ale zaręczam, że wszyscy się o tym dowiecie (wszyscy komentujący pod loginami, w innych przypadkach procedura będzie bardziej skomplikowana, bo sam adres mailowy nie wystarczy, ale zaręczam, że kto ma dostać - ten dostanie). Pociąg stoi w szczerym polu, dziecko jest karmione kanapkami z pasztetem, jest względny spokój. Sympatyczna pani na przeciwko czyta Puszkina (to ja jestem Vincent, proszę pani! ;-) ), w głowie mam dużo myśli, ale to są właśnie myśli na nowy blog... Radośnie mi - wiecie? Radośnie i trochę tajemniczo, jakbym nie wiedział, co życie przyniesie (bo przecież nie wiem), ale trochę tak, jakbym wiedział, że pod choinką jest prezent, tylko wciąż go nie widzę pośród gęstych gałęzi. To może też być bomba... :-) Darujcie, piszę jak osioł, ale naprawdę nie potrafię zebrać myśli w pociągu, w towarzystwie nieznanych ludzi, którzy szeleszczą papierkami, konwersują itp.
sobota, 24 października 2009
ZAPISKI SPOD RÓŻY ;-) ciąg dalszy
Ha! Nie spodziewaliście się, że nowa notka nastanie tak szybko,co? Jaj widać, nieprzewidywalność nie jest cechą jedynie kobiecą. Wysiadłem z pociągu i umówiłem się z Panią Turystką, którą nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta z moich wcześniejszych wpisów. Tym razem jednak to ja byłem turystą, choć stolicę znam w zasadzie nieźle... Wydawało mi się, że w ogóle znam nieźle, bez "w zasadzie", ale kiedy zostałem dowieziony na miejsce gościnnego noclegu, przeraziłem się zupełnie. Jeżdżąc przez tyle lat do Warszawy nie sądziłem, że trafię do miejsca, w którym nie byłem. A nie byłem. Warszawa wszak ogromna jest. Nic to, i tak znam ją lepiej niż Gdańsk... Umówiony byłem pierwotnie na Starym Mieście, bo jakoś zawsze i zewsząd było mi tam blisko. Tym razem jednak wszystko jest inaczej, więc na Starówkę mam daleko. Czym prędzej odpaliłem maszynę w poszukiwaniu jakiegoś bliższego lokalu, godnego Szefowej Wszystkich Szefów. Ogonek od maszyny, o którym wspomniałem we wcześniejszym wpisie działa jednakowoż tak mizernie, tak powoli, że o mały włos mógłbym spóźnić się na spotkanie, zanim cokolwiek bym wynalazł za pomocą wszechmocnego Internetu. Może i wszechmocny - ale za sprawą ogonka - zdecydowanie zbyt powolny. Moi gościnni gospodarze przejęli więc rolę wyszukiwarki i poinformowali mnie o miejscu, adresie, a także - jak na porządną wyszukiwarkę przystało - wyrysowali mapkę. Jak tylko zatem zbliży się godzina zero, wyruszę ustaloną trasą do miejsca przeznaczenia. Teraz przysiadłem jeno na chwilkę przejrzeć jeszcze raz materiały dla Szefowej i... I piszę, jak widać, zamiast przeglądać. A kto wie, kto wie - być może uruchomię maszynę jeszcze w rzeczonym przybytku, oczekując na Szefową - wszak nie wypada, żeby to ona czekała na mnie. Chyba, że przybytek okaże się pijalnią piwa "Pod Przerdzewiałym Kapselkiem"... Ale gospodarze zapewniają, że tak nie jest i że sami dam obiadowali czas jakiś temu. A skoro oni obiadowali, to znaczy, że może równie spokojnie posilić się tam i Jej Królewska Mość, a tym bardziej Jej Dyrektorska Mość. Życzcie mi smacznego... i duuuuużej siły przkonywania, ogromnej dyplomacji, taktu - słowem - wszystkiego tego, czego mi brakuje ;-) No to narka, jak mawia teraz młodzież. PS. Pamiętacie nasze wprawki literackie? Wymyślam ciąg dalszy, a właściwie - "ciąg wcześniejszy". Nawet bardzo wcześniejszy, bo zaczynam od XIX wieku... Będzie się działo! :-) ZAPISKI SPOD RÓŻY ;-)
Plany były wielkie i piękne. Szybki laptop z bezprzewodowym Internetem miał mi umożliwić napisanie czegoś znowu, przy okazji takiej, że czekało mnie pięć godzin w pociągu, w trasie do Warszawy. Początkowo w ogóle nie było mowy o rozłożeniu maszyny z powodu nieco przeludnionego pociągu. Kiedy przedział się nieco wyludnił, pomyślałem: dobra, skorzystam, zostało mi jeszcze trochę czasu. Nie będę się jednak rozpisywał, bo jestem pewien, że w dwie godziny nie zdążę nic sensownego napisać tak, żeby to potem zapisać. A zapisanie trwa, moi drodzy. Laptop to maszynka może i szybka, zwłaszcza podobno ten, wypożyczony specjalnie dla Was, żeby wpis kolejny mógł powstać. Ale ten dzyndzelek co jest do niego przytroczony, co to niby ma pośród tych mgieł mazowieckich jakikolwiek ślad sieci wyłapać, to on, wiecie... Jakiś oporny jest po prostu. Samo logowanie zajęło mi mnóstwo czasu. A poza tym to wcale nie jest takie fajne i wygodne, jak by się wydawało. Trzęsie się to wszystko okropnie, dupa boli mnie od siedzenia, chcę do domu, Amen. Za jakieś dwie godziny jestem do zobaczenia na Centralnym, kto chce ;-) I tylko zadaję sobie, jak zawsze, w podróży, to samo pytanie: czy ta pani po lewej, w rogu też bloxuje i czy się znamy? A ta pani po prawej, przy oknie? Znów myślę o tym, żeby sobie zrobić koszulkę: "To ja jestem Vincent" :-) Znacznie łatwiej by było, nie? Informuję zatem, że jeśli jesteś dziewczyną w okularach, która jechała ekspresem z wielką teczką z jakimiś pracami - to ja jestem Vincent. Piszę to również do pani, która była dziś ubrana w zielony sweter, dżinsy, rudą chustę i miała termos :-))) Miło mi było z Paniami podróżować. To ja jestem Vincent. Ten w szarej bluzie z kapturem, która zresztą już zupełnie nie przystaje do mojego wieku. Ale młodo wyglądam, więc może to jeszcze wybaczalne... :-) A żeby nie było zbyt fajnie - trzymajcie kciuki, bo jadę na spotkanie z Szefową Wszystkich Szefów. Całe szczęście, że właśnie taką mam Szefową - jak bym miał gorszą, to bym się pewnie tak nie uśmiechał... :-) Buźka, klapa, goździk!
poniedziałek, 12 października 2009
J-23 znowu nadaje (chwilowo, I'm affraid...)
Wiadomość z ostatniej chwili: żyję.
Ale nie do końca mam się dobrze, choć pewnie gdyby wziąć pod uwagę wszystkie nieszczęścia, na jakie cierpi ludzkość – powinienem mieć się świetnie, nie narzekać, cieszyć się słońcem, zapachem deszczu, Bóg wie, czym jeszcze. I pewnie stanie się w końcu coś takiego, że będę żałował gorzko, że się tym nie cieszyłem.
Na przykład wsadzą mnie do pierdla. Za morderstwo na nowo przyjętym pracowniku. Nieprawdopodobne, ile agresji może wzbudzić w jednym człowieku drugi, pozornie Bogu ducha winny człowiek. Ale może.
Rozciamkaniem, rozmemłaniem, bidulaniem, rozczulaniem się i takim ogólnym słodkopierdzeniem. ALE – ja jestem profesjonalny i ja doskonale wiem, że sam sobie tak wybrałem. Mój błąd – powinienem był rozpoznać od razu. A nie rozpoznałem. Więc teraz – wywalaj człowieka z pracy, albo morduj – nie wiem, co gorsze.
środa, 10 czerwca 2009
Dostać do myslenia
Dostałem dziś link do pewnej strony, na której było mnóstwo mądrych rzeczy. Często dostaję takie prezentacje również na swoją pocztę z propozycją rozesłania tego dalej. Propozycją... Czasem jest to propozycja, a czasem groźba, od której włos się jeży na głowie: „jeśli nie wyślesz tego dalej, to jutro sufit spadnie Ci na łeb, żona Cię porzuci, pies zdechnie, a Ty zachorujesz na raka”. Ale wracając do linku: jest tam historia pewnego chłopca, który często tracił cierpliwość, więc ojciec dał mu torebkę gwoździ. Chłopiec miał za zadanie wbijać w płot po jednym gwoździu za każdym razem, kiedy stracił cierpliwość. Do tego momentu jest Ok. Gorzej, że potem tatuńcio kazał wyjmować biedakowi te gwoździe za każdym razem, kiedy ten ostatni cierpliwości nie stracił. Niemożliwe. Nie do zrobienia. Kto wyciągał kiedyś gwoździe w ilości przemysłowej z różnych desek i deseczek, ten wie, że można się przy tym uchetać jak perszeron za pługiem i stracić cierpliwość daną nam przez Stwórcę na całe nasze życie. Do bani. Co ciekawe, kiedy chłopczyk był na etapie wbijania gwoździ – doszedł do wniosku, że łatwiej jest kontrolować siebie, niż wbijać gwoździe. Jednak nie starczyło mu już intelektu, aby dojść do wniosku, że łatwiej dać komuś w mordę, niż wyciągnąć gwóźdź – a oszczędność czasu – kolosalna wprost! Oczywiście sens całej historii był piękny: że jak komuś wetkniemy szpilę, a potem ją wyciągniemy, to rana pozostanie na zawsze. Piękny? E, pomyliłem się – przerażający raczej... Czy zawsze rana pozostanie? Czy się nie zabliźni? Czy z całej krzywdy wyrządzonej drugiemu człowiekowi pozostaje tylko rana? Opowiem Wam dla odmiany inną historię – na pomysł wpadłem przed chwila, więc może to wyjść trochę nieudolnie, ale będę się starał. W razie czego – zacznę wbijać gwoździe.
Pewnego razu poznałem kobietę. Była dla mnie tak ważna, że szybko stała się niemal częścią mnie. Po jakimś czasie coś zaczęło się „sypać” i uczucie zaczęło sprawiać więcej bólu, niż radości. W końcu panna poszła sobie w siną dal, a ja nie mogłem się pozbierać przez długi czas. Jednak teraz wiem, że z nią prędzej bym umarł ze zgryzoty, niż żył szczęśliwie. Czy mnie zraniła? No pewnie, że tak – przeżyłem prawdziwy dramat, ale dzisiaj dziękuję Bogu, że nie jesteśmy razem, że sobie polazła w jasną cholerę i mogłem poznać inne wspaniałe kobiety. A teraz historia równoległa: Urodziłem się wyposażony w pęcherzyk żółciowy. Był dla mnie bardzo ważny, bo przecież bez niego nikt się chyba nie rodzi. Po jakimś czasie pęcherzyk się zepsuł i sprawiał więcej bólu, niż radości z łatwości trawienia, jaką przedtem umożliwiał. W końcu poszedłem na operację i wywaliłem go w diabły, choć ból po operacji nie był przyjemny, oj nie był... Jednak teraz wiem, że prędzej bym skonał z boleści, jakich wcześniej był przyczyną, niż żył (i jadł) spokojnie. Czy mnie bolało? No pewnie, że tak – całą sprawę odłożyłem na ostatni moment i trzeba mi było grzebać we flakach, więc wszystko w środku było zdewastowane i rwało, ale dziś dziękuję Bogu, że nie mam już pęcherzyka żółciowego i mogę jeść, co tylko chcę i odkrywać nowe, wspaniałe potrawy. Po jednym i drugim pozostała mi blizna. I kiedy skupiam się na którejkolwiek z nich – czy to tej na brzuchu, czy też na tej „emocjonalnej” – uśmiecham się błogo, bo to są pamiątki po moim ozdrowieniu i po czymś, co uratowało mnie przed znacznie gorszym losem...
A teraz wracając do linku. Mam wrażenie, że niektórzy twórcy takich „mądrości” inspiracje czerpią z prozy Paula Coelho. Poczciwy ten człowiek pisze bowiem mniej więcej w taki sposób: „...szedł, szedł i zobaczył siedzącego pod drzewem mędrca. Mędrzec powiedział mu: „chłopcze, uczyń tak i tak” i chłopiec poszedł dalej z zamiarem czynienia „tak i tak”. Dalej fabuła rozwija się w ten sposób, że najpierw bohater próbuje robić inaczej i spotykają go same nieszczęścia, a potem wraca na drogę cnoty (wytyczona uprzednio przez mędrca spod drzewa) i odtąd żyje długo i szczęśliwie i ma zadatki na mędrca, który pojawi się w następnej powieści. Mówi się potem, ze ta proza „daje do myślenia”, co nie do końca jest zgodne z prawdą, albowiem wystarczy pomyśleć, że jeśli zrobi się „A” to stanie się tak, a jeśli „B”, to stanie się inaczej. Ot i całe „dawanie do myślenia”. Moim skromnym zdaniem „dawanie do myślenia” polega na tym, aby nie mówić czegoś do końca i nade wszystko niczego nie podawać, jako pewnik. Chodzi bowiem o to, aby czytelnik sam się czegoś domyślił, sam na coś wpadł, sam coś wypróbował, sam się czegoś nauczył, a nie postępował według narzuconych wzorców i reguł, bo inaczej będzie z nim krucho. Nie lubię, jak ktoś robi ze mnie idiotę i nie pozwala mi uczyć się na błędach narzucając mi gotową receptę na życie, dlatego pan Coelho – z całym szacunkiem dla jego talentu – zupełnie mi nie odpowiada. Regułki na właściwe postępowanie też mi nie odpowiadają. Co innego, kiedy ktoś proponuje mi przemyślenie czegoś, a co innego, kiedy podaje mi na tacy gotowe wnioski i nie pozwala samemu do nich dojść uznając siebie za wszechwiedzącego. A skoro już posługujemy się metaforami (patrz: chłopiec i gwoździe), to niech na litość boską, będą to metafory w miarę chociaż logiczne. Taniej filozofii nie zdzierżę. A jednak tego typu przesyłki internetowe mają jedną niezaprzeczalną wadę: pomagają okazać bliźniemu swoją życzliwość i to już jest bardzo dużo.
Gabriel Gacia Marquez napisał kiedyś „13 rad, jak żyć”. I to była dopiero perełka. Albowiem zdania, które przedstawia Marquez nie są żadnymi pewnikami. Każde z nich jest raptem początkiem, tematem istnej burzy mózgu, jaką można sobie zrobić dyskutując ze sobą i z przyjaciółmi o słowach pana Gabriela. Każde z nich stanowi temat do nieustannych rozważań i daje możliwość odniesienia do indywidualnej sytuacji. Na przykład: „Nie trać czasu z kimś, kto go nie ma, aby go spędzać z tobą”. Słuszne? Słuszne. I budujące. Ale nie zapomina też zaproponować takiego oto punktu widzenia: „Jeśli ktoś nie kocha cię tak, jak ty byś tego chciał, nie oznacza to, że nie kocha cię z całego serca i ponad życie”. I już mam poligon dla swojego, jakże wątłego, umysłu: mogę nie tracić energii i poszukać szczęścia gdzie indziej, bo ktoś nie ma dla mnie dość czasu, ale może z drugiej strony ten ktoś kocha mnie z całego serca i ponad życie, a ja szukam wyznaczników tej miłości tam, gdzie ich nie ma? I to właśnie daje mi do myślenia... PAMIĘTAM CIĘ...
A dziś przywołam zmory. Chciałem sprawdzić, czy już kiedyś o tym pisałem, ale nie mogę, ponieważ blox odmawia współpracy. W związku z tym istnieje ryzyko, że się powtórzę, ale jeśli nawet – to powtórzyć się raz w ciągu czterech lat (tak, tak – tyle już jestem z Wami!) nie jest jeszcze grzechem śmiertelnym. Tak się nieszczęśliwie zdarzyło w moim życiu, że chodziłem do przedszkola. Wiem, że dzisiaj dzieci są raczej szczęśliwe w przedszkolu. Za moich czasów bywało różnie – ja szczęśliwy z tego powodu nie byłem, przeciwnie – byłem ciężko nieszczęśliwy. Nie płakałem, brałem to dzielnie na klatuchnę moją dziecięcą, ale byłem nieszczęśliwy. Głównie z powodu „leżakowania”. Po obiedzie rozkładano nam leżako-łóżka i obowiązywał bezwzględny nakaz spania. Nie-spanie było absolutnie zakazane, nawet, jeśli leżało się cicho i nieruchomo, niczym trup, z otwartymi oczyma. Oczy musiały być zamknięte. Panie wychowawczynie w moim przedszkolu osiągnęły doprawdy imponujący sukces pedagogiczny, ponieważ udało im się zmuszać cztero-, pięcio-, a potem sześciolatka do leżenia nieruchomo z zamkniętymi oczami przez czterdzieści minut (tyle chyba trwało całe przedsięwzięcie – może dłużej, nie pamiętam). Nie można było się poruszać, ponieważ błyskotliwa pani „pedagog” natychmiast wyczuwała, kto się rusza „przez sen”, a kto tylko dlatego, że mu drętwieją kości i syczała jadowicie pod adresem „niezaśniętego” oszusta. A była taka jedna, co nie wyczuwała i miała chyba na tym tle jakiś kompleks. Silny to musiał być kompleks, a do tego miała jakieś chyba zacięcie fizjoterapeutyczne, ponieważ u tej zdziry spać trzeba było w konkretnej pozycji: na prawym boczku, jedna rączka pod główką, druga – na kołderce (efekt murowany: po krótkim czasie w prawej dłoni zamierało krążenie, a lewa bywała skostniała z zimna). I sposób był to skuteczny, ponieważ, pamiętam RAZ zdarzyło mi się zasnąć. RAZ w całej mojej karierze przedszkolaka. Długo jednak nie pospałem sobie, ponieważ przez sen człowiek nie jest w stanie kontrolować swej choreografii, w związku z tym – jak mniemam – chciałem może przewrócić się na drugi bok, może na brzuch, może na plecy, a może stanąć na głowie (choć to mi się we śnie nie zdarza). I to był błąd... Trzeba było jednak kontrolować we śnie swoje ciało. Brak kontroli kosztował mnie bolesne przebudzenie klapsem i nienawistnym sykiem pani „pedagog”: „NA BOK!!!” W dalszych latach uczęszczałem do szkoły podstawowej, jak każde polskie dziecię. Pierwsza pani wychowawczyni próbowała być miła, ale jej nie wychodziło. Zaczęło się od tego, że nawrzeszczała na Tomka, Asię i na mnie, że nie mamy dzienniczków. Nie wiem, dlaczego Tomek i Asia nie mieli dzienniczka – ja nie miałem, ponieważ jak robiłem z rodzicami zakupy do szkoły, to staliśmy w bardzo długiej kolejce i zanim przyszła nasza kolej, to dzienniczki się skończyły. A potem ich nie było przez czas jakiś. Wróciłem do domu tak przerażony tym wrzaskiem pani wychowawczyni, że nie chciałem nawet słyszeć o tym, że „kochanie, dzienniczek kupimy jutro, tatuś pojedzie poszukać”. Moja Mama wzięła wówczas jeden z zeszytów kupionych „na zapas”, Tata ostrym nożem przeciął zeszyt w poprzek, równiutko, Mama zrobiła prześliczną okładkę z kolorowej tapety, którą mieliśmy jeszcze od czasu remontu, a do tego, na papierze maszynowym wykaligrafowała elegancką etykietkę. Miałem tak piękny dzienniczek, ale nie umiałem się z niego cieszyć, ponieważ strasznie bałem się, że dzienniczek będzie inny od tych, które miały dzieci i że pani znów na mnie nawrzeszczy. I trochę słusznie się bałem. Pani co prawda nie nawrzeszczała, ale miała minę dość nieciekawą i chyba się nie polubiliśmy. Na szczęście szybko zaszła w ciążę (na szczęście dla mnie, bo raczej nie dla swego potomka…). Potem miałem wychowawczynię, która robiła rzeczy następujące: a) kradła dzieciom długopisy – robiła to w ten sposób, że jeśli dziecko miało jakiś długopis, inny, niż te, które były powszechnie dostępne, prosiła o jego „pożyczenie”, po czym użytkowała go bezczelnie, przez wiele dni i nigdy nie oddawała. Mi ukradła dwa. Lepiej było nie upominać się o swój długopis, ponieważ pani dała się poznać jako patologiczna kretynka, gdyż… b) biła dzieci linijką po rękach, rytualizując karę i lejąc czasami po kilkanaście, kilkadziesiąt razy. c) wybierała sobie ofiarę, którą ośmieszała przed resztą klasy, żądając – UWAGA – aby chłopiec ROZEBRAŁ SIĘ, do czego nigdy nie doszło, ale ile nerwów musiało to ofiarę kosztować, to tylko on wie. Pamiętam, że szczególnie jednego sobie upodobała, na szczęście tym razem ja zostałem nietknięty. Wiem natomiast, że gdybym się tak nie bał i powiedział o tym rodzicom, to pani byłaby bardzo mocno tknięta. I myślę, że poszłaby siedzieć. Mówiłem o tym Rodzicielce, już jako dorosły człowiek. Rodzicielka twierdzi, że pani nie poszłaby siedzieć, tylko Rodzicielka – za to, ze pani nie przeżyłaby konfrontacji z Rodzicielką i z mamą chłopca, do której Rodzicielka z pewnością by dotarła. Zwłaszcza, że szczególnie mocno tego jednego sobie upodobała. d) dla krotochwili pozwalała uczniom bić się na lekcji, czyniąc z tego igrzyska dla całej klasy. W ten sposób skłóciła mnie z moim przyjacielem z ławki, przez co omal się nie zabiłem, potykając w bitwie o tornister koleżanki i lecąc potylicą na krawędź ławki. Bardzo ją to ubawiło. Panie w przedszkolu, takie wredne – miałem dwie. Jeśli dobrze je rozpoznaję, dzięki pewnemu popularnemu portalowi, który jest kopalnią danych wszystkich Polaków – to wyglądają tak, jak na to zasłużyły. Pani z podstawówki, która kradła, biła, pozwalała uczniom na bijatyki i w ogóle była po prostu człowiekiem-debilem (nie napiszę, że potworem, bo potwory mimo wszystko wydają mi się bardziej rozumne) – być może też ma konto na popularnym portalu, ale jeśli to rzeczywiście ona (styl uczesania wskazywałby na to – a mówią, że kobieta jest zmienna) – to wygląda jeszcze gorzej. A teraz, na koniec, chcę powiedzieć wszystkim nauczycielom, pedagogom, wychowawcom: Ludzie, z którymi teraz pracujecie, to dzieci. Ale te dzieci będą kiedyś dorosłe i będą Was pamiętały. Jeśli zachowujecie się karygodnie, idiotycznie, niedojrzale – za kilka lat dorośli ludzie będą o Was opowiadać, pisać, mówić tak, jak ja powyżej. I kiedy spotkają Was na ulicy, podczas gdy będziecie spacerować ze swoimi mężami, żonami, dziećmi, wnukami, to może być tak, że podejdą do Was – te przedszkolaki, ci mali uczniowie – i powiedzą to, co ja powiem, kiedy spotkam którąś z pań: „Ty kurwo, pamiętam cię. Mam tyle lat ile ty wtedy miałaś, a może nawet więcej, i wciąż nie potrafię zrozumieć jak takie ścierwo, jak ty, mogło zbliżyć się do dzieci”. I każdy sąd mnie uniewinni.
niedziela, 07 czerwca 2009
WPRAWKI LITERACKIE
Siedzę w knajpie z Pomidorkiem. Pomidorek uprzedzał, że czeka na ważny telefon, więc nie obrażam się, kiedy dzwoni pomidorkowa komórka i koleżka mój piwny znika, żeby wysłuchać informacji, na które czekał. W pubie robić tego nie może, ponieważ jest głośno. Moją uwagę zwraca dwoje ludzi siedzących przy stoliku opodal (właśnie: jaka jest różnica między „opodal” i „nieopodal”, skoro jedno i drugie oznacza „niedaleko”?). Są takie chwile, kiedy chciałbym mieć czapkę-niewidkę – nie dlatego, że jestem głupio ciekawski, tylko po to, by upewnić się, że dobrze czytam to, co się między nimi dzieje. Teraz Wam to opowiem, a Wy powiedzcie, jak byście to przeczytali: Ona: bardzo ładna dziewczyna. On: Średnio ładny facet, ale ponoć facet nie musi być ładny. Gdybym miał jednak tak z ręką na sercu powiedzieć: facet zupełnie nie przystający do dziewczyny. No nic, ja też nie przystaję do pań, które spędzają ze mną czas, więc to akurat nie jest istotne – skoro im to nie przeszkadza, to mnie – tym bardziej. Stolik obstawiony jest po dwóch stronach głębokimi sofami, a z dwóch prostopadłych stron stoją krzesła. Ona i On niedawno przyszli. On poszedł do baru, ona usiadła w rogu jednej z sof. On coś zamówił, wraca, chowa portfel do torby, przewieszonej przez oparcie krzesła, najwidoczniej zamierzał na nim usiąść. Ona coś mówi, wskazując dłonią na miejsce obok niej, więc on siada na wskazanym przez nią miejscu. Uwaga: ona mówi zupełnie naturalnym tonem, ani uwodzicielskim: „Może usiądziesz koło mnie…?”, ani rozkazującym: „Usiądź tutaj!”. Raczej odczytałbym to jako: „Tu jest głośno, siądź tutaj, bo nie będziemy się słyszeć”. Siedzą. Od razu odwracają się przodem do siebie, on opiera lewe, ona prawe ramię na oparciu. Kelner przynosi im wino, widać chcieli schłodzone, bo butelka jest umieszczona w pojemniku z lodem. Zapalają papierosy: on nie podaje jej ognia, każde ma swoją zapalniczkę. On nalewa wino do kieliszków, ona sięga do pojemnika i wyciąga zeń kilka kostek lodu, które wrzuca do swego kieliszka. On przytrzymuje pojemnik, w drugiej ręce ma papierosa, mówi coś do niej, po czym ona ponownie sięga do pojemnika i wrzuca lód do jego kieliszka. Idę do baru, zamawiam piwo, wraca Pomidorek. Pogrążamy się w rozmowie, ale nie mogę nie spoglądać co chwila w stronę „moich” bohaterów – staram się oczywiście robić to dyskretnie. W mojej głowie co rusz przewijają się słowa, które włożyłbym w ich usta, starym zwyczajem grafomana rozwija się fabuła, rodzą kolejne dialogi. On spogląda na nią a) nieco zachłannie? b) z fascynacją? c) z zainteresowaniem? Trudno mi to ocenić, bo może patrzy zupełnie normalnie, tylko to ja wymyśliłem sobie, że ona patrzy na nią właśnie tak. Czy widać po facecie, że patrzy na kobietę, z którą ewidentnie nie jest związany i której ewidentnie nie uwodzi (tak sądzę – uwodziciele zachowują się chyba inaczej?) jakoś inaczej, niż obojętnie? Dziewczyny – Wasze zadanie pierwsze: ile widzicie w męskich oczach? Czy jeśli facet patrzy na Was „inaczej” to jesteście w stanie to zobaczyć? Zastanawiam się, co ona zobaczyła – w pewnym bowiem momencie on sięga ponownie po butelkę, nalewa wino im obojgu, po czym ona ponownie wrzuca lód do swojego i do jego kieliszka. Tym razem nie musi tego robić, ponieważ on nie pali w tym momencie papierosa i ma wolną rękę. Dużo się śmieją, fajnie to wygląda. Lubię patrzeć na ludzi, którzy się śmieją, a nie smęcą jeden przez drugiego. Osobliwie dużo śmieje się ona – zaczynam gościowi nawet trochę zazdrościć, że potrafi tak mówić, że kobieta często się śmieje. W ogóle ona reaguje bardzo żywo na to, co on mówi. Normalnie facet powinien chyba politykiem zostać, ale chyba nie jest, nie kojarzę jego gęby z telewizji. On siedzi wciąż w tym samym miejscu, ona jest jakby o kilka centymetrów bliżej, ale może mi się wydaje. Nie, nie wydaje mi się, przecież na początku siedzieli każde w swoim kącie sofy, a teraz są na tyle blisko siebie, że ona, zaśmiewając się, na chwilę opiera głowę na jego ramieniu. Mamy cię! – myślę o facecie. Niby taki nie zainteresowany, ale siedzą na tyle blisko, że widzę wyraźnie, jak na ten ułamek sekundy mruży oczy i wdycha zapach jej włosów, jakby chciał jej go ukraść, korzystając z tego, że przypadkiem dostał go odrobinę. Ale tylko w tym krótkim ułamku sekundy widzę jakiś gest zainteresowania innego niż towarzyskie, z jego strony. Ona sukcesywnie uzupełnia lód za każdym razem, gdy on nalewa wino. Dobry szczegół do „odjechanego” opowiadania, albo jeszcze lepiej – filmu – można go wdzięcznie zabarwić ładnym, nie wulgarnym erotyzmem. Ona dotyka go znacznie częściej, niż on-ją. To są przypadkowe dotknięcia, oczywiście, takie, jakie zdarzają się nam wszystkim. Ona kładzie rękę na jego ramieniu, w pewnym momencie nawet na jego udzie, ale nie ma w tym erotyki. W każdym razie ja jej nie widzę. Czy jest w tym coś erotycznego? On dotyka ją bardzo sporadycznie i jedynie w ten sposób, że delikatnie ściska ją za ramię, kiedy się śmieją. Kumpla pewnie walnąłby w plecy w tym momencie. Dziwny obrazek. Facet wygląda trochę tak, jakby chciał dziewczynę poderwać, trochę jakby nie chciał. Dziewczyna jest dla mnie zupełnie zagadkowa, ponieważ – jak powiedziałem kiedyś do P. – „ja sygnałów nie czytam – ja czytam tylko wielkie, drukowane litery”. Nie do końca to jest prawdą – może i czytam, tylko nigdy nie jestem pewien, czy dobrze. To znaczy – zawsze po jakimś czasie okazuje się, że dobrze, ale pewności nie mam nigdy. Może napiszemy z tego opowiadanie?
Jak Wy widzicie ten obrazek? O czym rozmawiają? Gdzie się spotkali? Jak długo
się znają? Ile o sobie wiedzą? I jaki będzie ciąg dalszy? – tylko błagam, bez „żyli
długo i szczęśliwie”… Zróbmy jakąś dobrą, artystyczną robotę ;) |
Ostatnie notki
Zakładki:
CZY TO CO ROBIĘ NAPRAWDĘ NIE MA SENSU???
DLA OKRUSZKÓW
DLA TYCH, KTÓRZY MI UFAJĄ
KRZYCZ NAJGŁOŚNIEJ, JAK POTRAFISZ
Wyjątek:
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||