I m gonna take my time... I have all the time in the world... DM, It s no good
RSS
piątek, 02 marca 2012
MUZYKA ŁAGODZI OBYCZAJE?
Ci, którzy mnie dobrze znają, to wiedzą, a ci, którzy mniej – to się dowiedzą, że w każdym gatunku muzycznym udaje mi się znaleźć coś, co mi się spodoba, na czym "zawieszę ucho". W KAŻDYM oznacza, że jeśli mam czas i cierpliwość, by przekopać się przez tony tego, co mi nie odpowiada - to w końcu znajdę. Ci bardziej "ambitni" mogliby orzec, że owszem, rozumieją (mniej lub bardziej), zakładając, że ze znaczenia słowa "KAŻDY" wyjmiemy gatunki przez niektórych niedopuszczalne (a przez to "niesłuchalne", a przez to "nierozgraniczalne", czyli takie, gdzie sam gatunek jest wyznacznikiem oceny utworu, a nie jego brzmienie, co moim zdaniem jest podejściem dalece nieroztropnym).
Dla wielu (w dużej mierze i dla mnie) takim niedopuszczalnym gatunkiem jest nasze przaśne disco-polo, które zdaje się być obrzydliwe już z tej racji, że w ogóle się tak nazywa i jest synonimem brzydoty, muzycznej bezmyślności i prymitywizmu. Niech mnie Bóg broni, żebym miał zamiar pisać traktat w obronie tego gatunku, jakkolwiek w naszym kraju słuchacze aspirujący do miana "ambitnych" ładują do worka z disco-polo każdego niemal wykonawcę, który śpiewa po polsku skoczne kawałki i nie jest Edytą Górniak, czy Moniką Brodką, która notabene ostatnio objawiła się w bardziej rytmicznej odsłonie. Na Agnieszkę Chylińską już się niektórzy zżymają, że się "popsuła" i podryfowała w stronę oburzającej tandety (bo tandeta jest zawsze oburzająca, nie daj Boże, jeśli się komu spodoba - lepiej nie mówić o tym głośno). U nas powiedzenie "powiedz mi, czego słuchasz, a powiem ci, kim jesteś" zupełnie nie ma racji bytu, ponieważ my zasadniczo mamy skłonność do mówienia ludziom, kim są, nie według tego, jaką wartość rzeczywiście sobą reprezentują, czy są dobrzy, czy źli, czy są świniami, czy aniołami. My mówimy: "powiedz mi..., a powiem ci, kim jesteś", przy czym w miejscu wielokropka możemy umieścić dowolną informację, na przykład:
- czego słuchasz
- jakie filmy oglądasz
- co nosisz w torebce (wersja damska)
- co nosisz w kieszeniach (wersja męska)
- jak mieszkasz
- co czytasz
i tak dalej, można wymieniać bez końca. Podczas mojej wieloletniej przygody księgarskiej poznałem panią profesor wyższej uczelni, znany autorytet w pewnej dziedzinie, która zaczytywała się w romansach raczej niskich lotów. I co? I nic. Jest świetnym fachowcem, znakomitym wykładowcą, osobą światłą i wszechstronną.
Prowadząc imprezy spotykałem fanów black-metalu, którzy ochoczo i nader radośnie podrygiwali do utworów Boney M., a na hasło "Jesteś szalona" sunęli wdzięcznym wężykiem wokół sali, twierdząc, że bawią się znakomicie.
Ale są i tacy (i takich jest większość), którzy dzielnie trwają w swoich ambitnie określonych ramach: słuchają TYLKO Czajkowskiego, czy Mozarta, czytają TYLKO ambitne powieści, oglądają TYLKO tzw. "dobre" filmy, przy czym "dobre" wcale nie oznacza, że oscarowe, broń Boże, bo musieliby splamić swój koneserski honor takim na przykład "Titanikiem". A jakże tu pogodzić kunszt Kusturicy, czy Jarmuscha, z takim Cameronem... Nijak się nie da. A żeby było bardziej wyraziście, ci, którzy dopuszczają się niegodziwości oglądania, czytania, słuchania rozmaitych "plebejskich" tworzyw bywają obdarzani odpowiednim, do wyboru, spojrzeniem, słowem, tonem. To bardzo źle, kiedy człowiek jest zamknięty. Tam, gdzie zamykamy się na coś, na kogoś "z założenia", "z zasady" - pozbawiamy się możliwości eksplorowania świata i życia, ze wszystkimi jego odcieniami.

Dlaczego o tym piszę?
Polski kompozytor muzyki filmowej (ale nie tylko filmowej), Andrzej Korzyński, którego cenię bardzo, zwłaszcza, że muzyka filmowa też jest mi bliska, ma w swoim dorobku muzykę i do "Na srebrnym globie", i do "Akademii Pana Kleksa". I do wstrząsającego filmu "Zapamiętaj imię swoje" i do komedii "Kochaj albo rzuć". Nie zamknął się tylko na to, co "wielkie", "ambitne", "niepokojące".
Ze sztuką, z jej odbiorem, jest trochę jak z kuchnią: smakosz, który nie zna smaku Big Maca nie jest smakoszem i nie bardzo może skrytykować rzeczoną kanapkę, jeśli nigdy nie "splamił się" jej degustacją. Chociaż - są tacy, którzy twierdzą, że człowiek powinien skupiać się tylko na tym, co piękne, a eliminować to, co brzydkie. Piękno i brzydota to jednak pojęcia, które nie zawsze da się arbitralnie rozgraniczyć. Nie lepiej zatem uznać, że świat jest piękny tak w ogóle, że można smakować go do woli i dopiero po degustacji wybrać to, z czym jest nam najlepiej?

Wrócę na chwilę do Korzyńskiego, którego utwór "Delikatność uczuć" z filmu "Moje noce są piękniejsze, niż wasze dni" towarzyszył mi podczas pisania tego tekstu. Utwór można znaleźć tu:
 http://www.youtube.com/watch?v=-h8kLGA80L4
Jeśli znajdziecie chwilę, żeby go posłuchać - wyobraźcie sobie, że ta sama ręka stworzyła... "Mydełko Fa".

 

sobota, 21 maja 2011
FOCHMISTRZOSTWO...

...to zachowanie polegające na przerwaniu relacji interpersonalnej, najczęściej poprzez:

a)      nagłe zamilknięcie

b)      odwrócenie wzroku

c)      wyjście z pomieszczenia, często w trakcie, gdy druga osoba nadal coś mówi; czasem – z dodatkowym elementem akustycznym w postaci trzaśnięcia drzwiami

d)      zmianę sposobu zachowania na chłodną uprzejmość; w razie pytania: „czy coś się stało?”, „czy masz do mnie o coś żal?” odpowiadają, że nie, nic się nie stało, a czasem, że owszem, mają żal, ale powinieneś się domyślić o co, a skoro się nie domyślasz, „no to współczuję”, albo „to już twój problem”

e)      zerwanie relacji interpersonalnej bez żadnych słów, ani wyjaśnień w ogóle, jako ostentacyjna manifestacja tego, że druga strona nie jest godna tego, by poznać przyczynę zaistniałego stanu rzeczy.

Fochmistrzostwo nazywa się inaczej „obrażaniem”, a gdy przybiera formę przewlekłą – „obrażalstwem”. Rzadko kto wie, że ta forma zachowania jest zaliczana do zachowań mających znamiona przemocy, w istocie jest więc formą agresji, tyle, że ubranej w białe, choć mocno usyfione i uszyte z bardzo kiepskiego materiału, rękawiczki.

Z niewiadomych przyczyn fochmistrzowie pozbawieni są pewnego rodzaju odwagi, która pozwala powiedzieć: „Tak, mam do ciebie żal o to, że sprawiłeś mi przykrość”, uznają bowiem, że druga osoba nie ma nic innego w życiu do roboty, jak tylko w takim momencie zatrzeć ręce z uciechy: „ha ha, a więc udało mi się Tobie dopiec!” i uważają, że byłoby to przyznanie się do jakiejś słabości, albo do bycia pokonanym, gdy w istocie asertywny komunikat jest dowodem siły charakteru, stabilności emocjonalnej i dojrzałości.

Gdyby jednak fochmistrzowie wiedzieli, ja często ich zachowanie przynosi innym ulgę w postaci świętego spokoju, albo wprawia w dobry humor z powodu dystansu drugiej osoby, która reaguje pobłażliwym rozbawieniem, lub zgoła politowaniem, być może obrażaliby się rzadziej.

Na szczęście – nie wiedzą tego i w ten sposób ratują bliźnich przed niezręczną sytuacją, w której ci musieliby w końcu powiedzieć: „stary, nie chce mi się z tobą gadać, nie mam o czym z tobą gadać, uważam cię za kompletnego idiotę i upierdliwca ale jakoś nie mam serca, by ci to powiedzieć”.

 

wtorek, 15 lutego 2011
MĄDREJ GŁOWIE...

            Rzadko oglądam programy z cyklu „gadające głowy”, ale wczoraj mi się zdarzyło i przyznam, że było to interesujące doświadczenie. W programie pana Tomasza Lisa występowały głowy: Ilony Łepkowskiej (głowa do interesów), Anny Muchy (bardzo przyjemna i dość błyskotliwa głowa), Piotra Adamczyka (bardzo roztropna głowa), Jacka Rakowieckiego (głowa całkiem rozsądnie myśląca) i głowa Krzysztofa Vargi. Ta ostatnia głowa powiedziała rzeczy, po których śniły mi się koszmary. Śniło mi się na przykład, że idę do kina, a tam, zamiast jakiegoś fajnego filmu jest film o tym, jak mi wlepiają mandat, a potem dzwoni do mnie kobieta z Urzędu Skarbowego i krzyczy na mnie, że mam jej natychmiast dostarczyć moją świnkę-skarbonkę, którą mam od lat i którą ona rozbija młotkiem. Następnie śniło mi się, że w tym filmie ktoś zburzył mój dom, a zaraz potem, że pomarli wszyscy moi bliscy i przyjaciele i że jestem sam na tym świecie i że jest mi z tego powodu strasznie smutno, co jest chyba odruchem zupełnie naturalnym i mało artystycznym. Na koniec śniło mi się, że film się kończy, a obok siedzi głowa Krzysztofa Vargi, mówiąc, że zobaczyła wspaniały film, istne arcydzieło, miejscami niebywale zabawny.

 

            Głowa Krzysztofa Vargi w rozmowie z Tomaszem Lisem i jego gośćmi utrzymywała, że polskie komedie jej nie bawią, co więcej, są żenujące (jakkolwiek nie pomnę, czy głowa użyła tego określenia – ja tak wypowiedzi głowy odebrałem). Powiedziała też głowa, że poszła wraz ze swym właścicielem (nie inaczej przecież) do kina, żeby sprawdzić, z czego śmieją się Polacy, a następnie głowa wydedukowała, że nie wie, z czego tu się smiać i że Francuzi, ci dopiero potrafią się śmiać i ze to jest prawdziwy humor, albowiem taki polega li tylko na śmianiu się z samych siebie. I że w związku z tym z polskiego dorobku filmowego, tego świeższego, niż „Seksmisja” (jakkolwiek głowa nie powiedziała, że „Seksmisja była zabawna), to ubawił ją na przykład „Dzień świra”.

            Byłem kiedyś na filmie „Porozmawiaj z nią” niejakiego Almodovara, a wyznaję to nie dlatego, żeby pokazać, że wiem, kto zacz, ten Almodovar, tylko dlatego, że w filmie tym były sceny, gdzie mnóstwo osób na widowni kwiczało ze śmiechu, podczas, gdy ja sam bliski byłem zalania się łzami. Tak też mam z „Dniem świra”, który nie bawi mnie wcale, ponieważ jest dla mnie obrazem o człowieku cierpiącym na głęboka depresję, połączoną z nerwicą natręctw. Obraz Polaków pokazany w tym filmie to nie coś, z czego można się śmiać – dlaczego bowiem mam w kinie śmiać się z czegoś, co na co dzień mnie brzydzi i zasmuca (niechaj sztandarową sceną, która jest niby taka „zabawna” będzie scena wieczornej modlitwy). Być może dlatego nie jest to dla mnie zabawne, że pokazane – w moim odczuciu – bez karykaturalnego przerysowania, tylko dokładnie tak, jak to naprawdę wygląda.

             Z tego, co mówiła głowa pana Vargi, powinienem, chcąc poczuć się smakoszem kina, śmiać się z tego, co na ekranie tylko dlatego, że to się odbywa na ekranie, nie pamiętając o tym, że dzieje się to też naprawdę, tuż obok mnie.

             A poza tym – zmieniają się czasy i zmienia się mentalność. Zmienia się to wszystko na inne, niekoniecznie na gorsze czy lepsze – po prostu na inne. Kiedyś śmieszyli nas Flip i Flap i bardzo zabawne było to, że jeden drugiego kopnął w tyłek. Zabawna również do dziś wydaje się niektórym komedia „Pół żartem, pół serio”, która dla mnie jest okropnie męcząca i mnie osobiście przypomina „Modę na sukces” w pigułce, co oznacza, że jeśli wychodzę w trakcie filmu zrobić sobie kanapkę i wracam, to nadal dzieje się to samo, tylko w nieco innej scenerii. „Pigułka” polega na tym, że w „Modzie na sukces” sceneria nie zmienia się tak często i kiedy zahaczę o nią niechcący, przelatując pilotem po kanałach, to wciąż widzę tę samą scenę (takie przynajmniej mam wrażenie, niezależnie od tego, jaki to dzień tygodnia i jaka pora roku, oraz, które urodziny właśnie obchodziłem).

            Owszem, tak się składa, że nie bawią mnie polskie, zupełnie współczesne, komedie o zabarwieniu sensacyjnym, nic na to nie poradzę. Tu nawet zgadzam się z głową Krzysztofa Vargi. Ale – dla odmiany – rzadko bawią mnie tego typu komedie w ogóle, ponieważ uważam, że sprowadzają się do kopania się nawzajem w tyłek, a to trochę mało, jak dla mnie.

             W programie, który mnie tak natchnął, głowy wspomniały również o serialach, w tym o serialu „Dr House”. Nic nie poradzę, że serialu nie oglądam wyłącznie z powodu aktora grającego tytułową rolę. I ja nawet czuję, że sporo tracę, bo zmusiwszy się kilkakrotnie do obejrzenia prawie całego odcinka stwierdzam, że cała reszta jest naprawdę super. Cóz z tego, kiedy główny bohater zwyczajnie przeszkadza mi w oglądaniu. To tak, jakby w serialu „Alf” tytułową rolę zagrać miał miś Kolargol. Albo też w głównej roli „Pociągu do Hollywood” obsadzono by, dajmy na to, Katarzynę Łaniewską, czy Ninę Handrycz, z całym szacunkiem dla obu pań. Jakkolwiek nie uważam, by Laurie był złym aktorem w ogóle, to jednak kompletnie nie przemawia do mnie w roli lekarza, nawet bardzo ekstrawaganckiego i kontrowersyjnego.

             Natomiast przyznaję, że wygodnie mi w kinowym fotelu, gdzie mogę się pogapić na jakieś bzdury i zaśmiać czasem z czegoś absurdalnego, a potem wrócić do domu i spać spokojnie, wiedząc, że to był tylko film. Po to chodzę do kina, za to płacę, zupełnie dobrowolnie i żądam rozrywki, albo – owszem – refleksji, ale tylko na moje własne życzenie, to znaczy wówczas, kiedy sam wybiorę film w refleksyjnym nastroju, co zdarza mi się, przyznam, dość rzadko. Bo refleksji i dylematów to ja mam dość na co dzień. Z drugiej zaś strony staram się zrozumieć głowę Krzysztofa Vargi. Bo jakby tak uczciwie spojrzeć na to, co dzieje się dookoła, co często sami sobie fundujemy – to faktycznie, niektórym głębsza refleksja czasem by się przydała. Co z tego, że ci, którym by się przydała wolą rechotać z tego, że jeden facet drugiego kopnął w tyłek. I tu, Panie Krzysztofie Vargo, jest fant, z którym trzeba coś zrobić; tu on leży, a nie w polskiej kinematografii.  

13:13, zippo30
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 stycznia 2011
"I NIKOMU NIE WOLNO SIĘ Z TEGO ŚMIAĆ"

Pamiętam, jak dawno temu, w szkole, moja niedouczona nauczycielka próbowała wyjaśnić nam, co to jest "znieczulyca" - tak mówiła właśnie: "znieczulyca". Uświadamiała nam, że to problem społeczny, który polega na tym, że jednych ludzi nie interesuje to, co się dzieje z drugimi ludźmi i ilustrowała to przykładem, w którym jeden człowiek przewraca się na ulicy, a inni nie pomagają mu wstać, tylko przechodzą obojętnie obok.

W ten sposób wyrosłem na optymistę.

Wykombinowałem sobie bowiem, że skoro jest „znieczulica”, to chociaż nikt mi nie pomoże, jak się przewrócę, to jednak – z drugiej strony – nikogo też nie będzie obchodziło, w jakich butach idę. Odkrycie, że żyję w ułudzie było bolesne, ale pogodziłem się z nim, ponieważ uznałem, że skoro ktoś jest na tyle durny, żeby zajmować się moimi butami, to znaczy, że jest nieszczęśliwy, a skoro jest nieszczęśliwy, to ja – zgodnie z prawem „znieczulycy” nie muszę go uszczęśliwiać i mogę przejść obok tego obojętnie.

Gorzej jednak stało się, kiedy odkryłem, że obok znieczulicy na nieszczęścia wykluła się i rozwija się w najlepsze przeczulica – na punkcie szczęścia. A o tym już pani w szkole nie mówiła – mówiłem, że niedouczona. Polega ona na tym, że jeśli ktoś jest radosny, cieszy się, śmieje i mówi o tym, że jest fajnie i że czuje się świetnie – zwraca tym uwagę, co więcej – wzbudza agresję.

Zaczyna też budzić w ludziach instynkty prawdziwie mordercze, jeśli do tego nie jest:

a)      panem w drogim garniturze ze złotymi spinkami do mankietów i w drogim samochodzie

b)      sportowcem (ci to mają dobrze, bo czasem chociaż ponoszą porażki, poza piłkarzami, którzy ciągle ponoszą porażki i słyszą, że „nic się nie stało, chłopaki…”)

c)      gatunkiem człekokształtnym pozbawionym szyi, który jednak też budzi agresję, ale z przyczyn obiektywnych oberwie w swoim czasie i niekoniecznie od nas.

Na YouTube widzę kolesia. Wygląda trochę, jak facet z mojego miasta, ale jest dziesięć lat starszy, więc ten wygląd mu już raczej nie służy. Mówi, jak… No kurczę, mówi jak bardzo przegięty gej z tymi swoimi „ą” i „ę”. Ubiera się i zachowuje tak, że wiem od razu, że facet ma problem. I tym problemem jest jakaś całkiem niemała dysfunkcja. Czyli generalnie – nieszczęście. Więc zgodnie z prawem „znieczulycy” ludzie nie powinni reagować. ALE jest jeden problem: koleś się cieszy, śmieje, jest radosny, pajacuje. Ten facet po prostu jest szczęśliwy i tyle. Aż tyle. Ludzie, którzy powinni być obojętni nagle skupiają całą swoją uwagę na nim i piszą. I to nie są obelgi. To jest nienawiść, która zżera – przede wszystkim piszącego, bo koleś z filmiku nadal się cieszy i raduje i ma w nosie, że ludzi zalewa żółć.

„Kobieta nie mogła tego urodzić”; „dla Ciebie to ja nie widzę sensu życia”; jaki wstyd dla polski” (pisownie oryginalną zachowuję wszędzie); „pało w łep i do piachu, k…” (wielokropek postawiłem ja); „poco coś takiego jest? poco? poco? poco?”.

Macie pojęcie? „Kobieta nie mogła TEGO urodzić”. TO. Zaprzeczenie człowieczeństwa napisane przez kogoś, w przypadku kogo sam bym się nad człowieczeństwem zastanawiał. I mam ochotę spytać: a kto urodził i wychował ciebie w takiej ciekawości i wrażliwości na innego człowieka? Kto ci zrobił taką krzywdę, że nie potrafisz przejść obojętnie wobec czegoś, co ci nie odpowiada?”. „Dla Ciebie to ja nie widzę sensu życia” – halo, człowieku, a od kiedy mamy za zadanie dostrzegać sens życia innych ludzi i kto ci dał takie prawo? Twój dres, czy Twoja wiara, której nie rozumiesz? „Wstyd dla polski” – wstydem dla Polski jest to, że Polak nie potrafi napisać nazwy swojej ojczyzny wielka literą. „Pało w łep” – pewnie dostawałeś, że nie potrafisz pisać, że jesteś analfabetą. „Poco, poco, poco” – „poco” to się nogi „noco”, jak „dostano pało”, kretynie.

Ale jest też druga frakcja. „Daję 1000 zł za film, jak ta k…. dostaje ciężki wp…dol. Zachęcam wszystkich”. I co, ja się pytam, zrobisz z tym filmem, zdrowy, uczciwy Polaku? Bo tutaj to już bym poszukał czegoś w Twojej głowie, na serio. Wizualizacja przemocy, fantazje o oglądaniu tej wizualizacji, o posiadaniu takiego filmu… To jest normalne? To jest OK.? „Że też nikt tobie jeszcze nie dał w mordę”; „Czy on jest na terenie frajerów, czy co?”. Czyli co – facet mieszka w jakiejś fajnej dzielnicy, nie w burym bokowisku – według kategorii, jakimi posługują się autorzy komentarzy – jest co najmniej krok do przodu. I jeszcze śmie być radosny!!! Jawna kpina, nie?

Koleżka z filmiku jest szczęśliwy w swoim świecie. YouTube jest po to, żeby ktoś, kto chce się tam pokazywać i nie łamie przy tym prawa – pokazywał się tam. To chyba lepsze, niż pokazywanie pijanego faceta, który śpi, smarki wiszą mu z nosa i nie wie o tym, że jest filmowany. Bo to, zdaniem autorów innego filmiku – jest bardzo śmieszne. Nie wiem, mnie nie bawi – więc nie muszę tego oglądać. Dziwny, szczęśliwy koleś też mnie nie bawi, więc też nie będę go oglądał. Ale nie chcę dożyć dnia, w którym ktoś zabroni mu pokazywać swoje infantylne filmiki w Internecie.

Koleżka z filmiku jest podobno bardzo znaną postacią – taką informację dostałem od tych, którzy, bardzo go nie lubiąc, są świetnie obeznani w jego losach! A to był w takim programie, a to w takim. Znalazłem nagrania tych programów – moim zdaniem niepotrzebne, ale może takie jest jedno z zadań mediów, żeby pokazać „zjawisko”.

Inny facet, też nie lubiany i też dostałem na niego namiary od tych, co nie lubią tamtego, a którzy zdają sobie świetnie sprawę z jego istnienia, nie wiem, skąd, bo ja w ogóle nie wiedziałem, że ktoś taki istnieje, mówi, że zamierza być szczęśliwy poprzez pozostanie sobą i przyznaje, że ludziom przeszkadza to, że się uśmiecha i że jest w dobrym humorze.

Pod tym wyznaniem komentarz: „Myślę, że powinni przywrócić karę śmierci w Polsce”.

EPILOG: Pamiętacie film „Dzień świra”? Pamiętacie scenę wieczornej modlitwy, pamiętacie jej tekst? To dziwne, wszyscy rechoczą przy tej scenie, a jakimś cudem nikomu nie przyjdzie do głowy, że to o nim.

12:01, zippo30
Link Komentarze (5) »
czwartek, 06 stycznia 2011
Kocham cię, kochany ja.
Po raz pierwszy w życiu przeczytałem wreszcie o tym, że kobieta dostrzega w innych kobietach to samo, co i ja w nich czasem dostrzegam: tę przekrzywioną (bo nie da się jej prosto założyć) maskę oszustwa - "wcale nie chcę (faceta, miłości)", "wcale nie potrzebuję", "wisi mi to" i jeszcze czasem okraszone: "a co tam, bo ja jestem złośliwa jędza, tak potrafię być złośliwa" - jakby chciała zakrzyczeć to, że wcale nie potrafi co więcej - przepełniona jest ciągłym lękiem, że to ktoś będzie złośliwy, że powie coś, co ją zrani, że nie będzie potrafiła się obronić, że będzie bolało.
Pisałem o tym kiedyś, gdzie indziej, ale ten temat wraca często, więc napiszę i tutaj.
Dobrze, jest, kiedy czytamy właściwe książki we właściwym czasie. Bo to wszystko, co dotyczy kochania siebie, bycia dla siebie dobrym - to prawda, tak, tak powinno być i dobrze, jeśli umiemy odnaleźć i "przytulić" swoje wewnętrzne dziecko. Tyle, że w żadnej książce - z tych znanych mi, łatwych w czytaniu "poradniczków" - nikt nie wyjaśnia dokładnie DLACZEGO dobrze jest to robić i JAK to zrobić. Ot, po prostu, aksjomat: kochaj siebie, akceptuj siebie. Jestem gruby, mały i brzydki, staję przed lustrem i widzę grubego, małego, brzydkiego facecika - znam go od lat, a patrząc mu w oczy dostrzegam jeszcze to dobrze znane wnętrze, pełne naprawdę okropnych wad. I oto nagle z kartek książki wyziera: "kochaj siebie, bo naprawdę jesteś wyjątkowy, a twoje marzenia mogą się spełnić". Równie dobrze ktoś mógłby napisać: "a teraz usiądź za sterami Boeinga 707 i przeleć się do Stanów i z powrotem, bo to bardzo łatwe, zobaczysz, jak będzie fajnie".
Człowiek, który myśli - zwątpi. Siłą rzeczy - zwątpi. Nikt bowiem nie działa na zasadzie włącznika i wyłącznika: "Bardzo łatwo - pstryk! I światło."
Zaakceptowanie siebie to powolny proces, który wymaga refleksji, zdystansowania się, spokoju, by spojrzeć na wszystko (na siebie przede wszystkim) z innej perspektywy. Śmiem też twierdzić, że to proces, który dobrze dokonuje się w samotności, w ciszy, ale to może być kwestia indywidualna. I nie wiedzieć czemu, czasem może mieć dość osobliwe skutki. Bo oto człowiek zaczyna się lubić, zaczyna czuć się dobrze ze sobą - spokojnie, harmonijnie. Chwilo, trwaj, jesteś piękna! Czuje się więc gotów na wyjście z tej samotności. Wychodzi i zostaje obsypany efektami swojej pracy nad sobą - oto pojawiają się nowe możliwości, przyjaźnie, pojawia się wreszcie miłość. Po wcale niedługim czasie ze zdumieniem i nutką przerażenia odkrywamy, jak dobrze było bez niej. Powoli wszystko zaczyna wracać do punktu wyjścia - przed lustrem znów jest mały, nieciekawy facecik, pełen wad. I nagle zaczyna się tęsknić do tego czasu, gdy wszystko było takie spokojne, dobre, ciche i harmonijne. A to był czas, kiedy nie było ludzi, kiedy był sam.
I kiedy o tym mówi, słyszy zewsząd, że to jest bzdura jakaś piramidalna, bo przecież "człowiek jest zwierzęciem stadnym" - kto to w ogóle wymyślił? To jest jakiś cytat? Prawda objawiona? A pustelnicy - to pies? I te uspokajające, protekcjonalne: "znajdziesz PRAWDZIWĄ miłość, to wtedy zobaczysz". A kto powiedział, że ta, która właśnie była, albo ta, które jeszcze jest - jest NIEPRAWDZIWA? Przecież nikt nie potrafi zdefiniować miłości i tylko między innymi, a może głównie dzięki temu mamy literaturę, muzykę, malarstwo! Albo to: "mówisz tak, bo pewnie ktoś cię skrzywdził...". O matko kochana, czy żeby człowiekowi było dobrze samemu, to musi go kto ukrzywdzić zaraz?
Trudno jest wrócić do swojej pustelni.

A jeszcze trudniej jest w niej wytrzymać, kiedy się dojdzie do wniosku, że to nie pustelnictwo wcale. Że oprócz trudnej sztuki samoakceptacji trzeba jeszcze nauczyć się dzielić sobą z innymi. Współistnieć.
18:28, zippo30
Link Komentarze (1) »
O co chodzi z zaczepialstwem?

Facebook – nowa moda, mania, szał.

Na Facebooku spędza się długie godziny, czasami kosztem innych spraw. Profil na Facebooku mieć wypada. I czasem bywa ciekawie.

Ale też ostatnio dzieje się coś zupełnie nieprawdopodobnego.

To znaczy nie działo się, aż do chwili, gdy na innym portalu, na którym wypada mieć blog, ukazał się artykuł o… podrywaniu przez Facebooka!

Kretynizm nad kretynizmy, ale niech tam, jak ktoś lubi, koniecznie musi, nie umie inaczej, to niech sobie podrywa, co tam, mnie to nie obchodzi.

Okazuje się jednak, że artykuł pobudził ludność do działania i z niewiadomych przyczyn ludzie zaczynają głupawo zaczepiać obcych ludzi. O ile nie mam nic przeciwko zaczepianiu, zagadywaniu, zagajaniu rozmowy, to jednak GŁUPAWO zaczepiać nie wolno, podobnie, jak chamsko zaczepiać nie wolno.

Głupawo, czyli dostaję oto wiadomość od osoby, której na oczy w życiu nie widziałem, a wiadomość ma treść następującą: „co słychać?”

A no nic nowego, ciocia Klotylda nadal choruje, wuj Leon nadal nie żyje, stryj Władysław nadal mieszka w Chicago, kanarek zdechł.

Nie chcę być niegrzeczny, ale chcę poznać fenomen zaczepialstwa. Odpowiadam więc, zgodnie z prawdą, że nic nie słychać i że robię kawę. Głupie pytanie – głupia odpowiedź. Zaczyna się jakieś kuriozalne odbijanie piłki, którego ze względu na resztki kultury i taktu nie przytoczę, bo pewnie temu komuś byłoby przykro. W końcu pytam, czemu zawdzięczam tę korespondencję i otrzymuję odpowiedź, którą w mojej skali od 1-10 oceniam na -50: „sama niewiem” (pisownia oryginalna zachowana). Klikam na użytkowniczkę, może ja się czegoś dowiem. Dowiaduję się osoba jest „kształcuna”, a jakże. Uniwersytety, panie Dzieju, podyplomówki, praca w oświacie, ach, czegóż tam nie było.

Myślę sobie – może to jakaś terapeutyczna próba zmierzenia się z własną nieśmiałością, więc nie będę niemiły, pomogę. Piszę: „Może coś przykuło Twoją uwagę? Może przeczytałaś gdzieś jakiś mój post, albo komentarz i chciałabyś o tym podyskutować?”. No bo cóż mogę napisać, zwłaszcza, że jestem w nowej sytuacji i nie wiem, tak naprawdę, jak się zachować. Bo może to jakaś moda, której nie znam? Diabli wiedzą.

Pannica po tym, jak napisała, że „sama niewie” poczuła się chyba wzięta w krzyżowy ogień pytań, bo po dłuższej chwili wypaliła: „lubisz smażone zielone pomidory ujelo mnie”

Koniec. Koniec relacji międzyludzkiej, kto mnie zna, ten wie, że zimna furia już mi zaćmiła mózg i pozamiatane. Ale co tam, chamski nie będę, więc ostatkiem sił uściślam sprawę, zanim zrobię coś strasznego, czyli rzucę się z kłami na ofiarę. Piszę:

„Nie gniewaj się, ale chciałem się upewnić, czy dobrze rozumiem:
pisze do mnie kobieta z wyższym wykształceniem, co więcej, po studiach podyplomowych, czyli nie ma piętnastu lat. Rzadko używa wielkich liter, jeszcze rzadziej - polskich znaków. Pisze przecież z jakiegoś powodu, choćby nawet żeby sprawdzić, czy działa klawiatura, ale jednak pisze do obcego faceta, o którym nie wie NIC, nawet tego, ile ma lat (no dobra, to gdzieś pewnie widać, nie czepiam się), na pytanie, dlaczego napisała, odpowiada, że nie wie, pociągnięta za język mówi mi o "Smażonych Zielonych Pomidorach". Sorry, ale ostatnio zdarza mi się bardzo często, że ktoś mnie zaczepia tutaj, nie wiem, czemu, nie wiem, po co, dotąd nie reagowałem, ale chcę w końcu poznać odpowiedź, na pytanie dlaczego ludzie to robią???
Przecież nawet, jeżeli piszesz, żeby z kimś pogadać, to chyba musisz wiedzieć, o czym chcesz gadać, prawda?”

Cisza. Nie dowiedziałem się.

A nawet jeszcze nie zacząłem być niegrzeczny. Może więc ktoś mi wyjaśni, o co chodzi z tym zaczepialstwem?

18:27, zippo30
Link Komentarze (2) »
środa, 17 listopada 2010
SPOSÓB NA ZWIĘKSZENIE OGLĄDALNOŚCI BLOGA.
Wiecie, jak zapewnić sobie sporą oglądalność bloga?
Wiecie, jak sprawić, by pod jednym wpisem, po latach od jego powstania, pojawiały się nadal setki komentarzy?

Zdradzę Wam ten sekret, bo widzę, że po mnie tylko jeden koleżka na to wpadł, dość zresztą w niektórych kręgach popularny i pewnie wielu z Was znany. Niech więc poznają ten sposób wszyscy:

NALEŻY ZATYTUŁOWAĆ SWÓJ WPIS (JAKIKOLWIEK) NASTĘPUJĄCYMI SŁOWAMI:

JAK POPEŁNIĆ SAMOBÓJSTWO?

A jeśli jeszcze we wpisie będzie coś, co choćby mgliście zahaczy faktycznie o ten temat - macie niemal pewność, że komentarze wyrosną jak grzyby po deszczu. Powiem więcej - możecie potem USUNĄĆ ten wpis, a lista komentarzy nadal będzie rosnąć i żyć własnym życiem.

Spróbujcie. Niestety, działa, bo rzadko kto potrafi czytać ze zrozumieniem...
23:39, zippo30
Link Komentarze (7) »
niedziela, 31 października 2010
GDYBY SIĘ KOMUŚ PRZYWIDZIAŁO: BYŁO, ALE NIE MA.
Zrobiłem to wcześniej tylko raz, teraz powtórzyłem.

Usunąłem wpis z nocy z piątku na sobotę. Muszę go jeszcze raz przetrawić - nieco chłodniej, bo pisałem w afekcie, powiedziałbym nawet w szale i furii.

Ale gdzieś to musiałem wylać i przyznam - polepszyło mi się. Jednak przypomniałem sobie, że żyję w kraju, gdzie wolność słowa jest mitem; gdzie wywrzaskujący pod krzyżem nieszczęśnicy, potrzebujący szeroko zakrojonej pomocy (zobaczcie, boję się nawet użyć słowa "kretyni"!), mogą wszystko, a artyści, albo zwyczajni, rozżaleni czasem ludzie nie mogą nic, bo a nuż obrażą czyjeś tzw. uczucia religijne.

Toteż usunąłem, przynajmniej na czas jakiś. No.

A co u Was?
12:59, zippo30
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 września 2010
Zmiany, zmiany, zmiany...

            Nie pamiętam, na czym skończyłem…

Cokolwiek to było – pewnie już jest nieaktualne, bo w tak zwanym międzyczasie zaszła przynajmniej jedna zasadnicza zmiana, o której donoszę tylko z kronikarskiego obowiązku. Przestałem pracować tam, gdzie pracowałem.

Nie, nie wyrzucili mnie. Sam się wyrzuciłem. Uznałem, że są pewne granice, na których przekraczanie nie można pozwalać za żadne pieniądze. Owszem – w wielu przypadkach sądziłem i nadal sądzę, że trudno – to jest praca, rynek pracy jaki jest – każdy widzi i czasem trzeba sobie ambicje i honory schować w kieszeń, bo się człowiek nimi nie naje. Ale też w niektórych, bardzo określonych sytuacjach też żadna to radość z chleba, na który się zarobiło, skoro i tak już jest spleśniały, a w duszy czuje się, jakby było narzygane.

 

            Fascynujące w tym wszystkim i nawet nieco zabawne jest to, że moi eks-przełożeni robią wielkie, zdziwione oczy i zupełnie nie wiedzą, dlaczego złożyłem tak gwałtowne wypowiedzenie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że udają – oznaczałoby to wszak, że są najpospolitszymi idiotami i prostakami. Z drugiej strony – kilkakrotnie dali tego dowody, więc może faktycznie nie udają…

            Czeka mnie długi proces pracy nad sobą.

Nie godzę się bowiem na polityczną poprawność, która nakazuje – nie wiedzieć z jakiego powodu – nie mówić źle o byłym pracodawcy. Jestem pewien, że przynajmniej jedna osoba mówi o mnie źle, jako o swoim byłym szefie i daję jej do tego prawo. Nie zgraliśmy się jako team – trudno, nie musimy udawać, że się kochaliśmy. Podobnie teraz – jak mam powiedzieć potencjalnemu pracodawcy, że oto, po iluś-tam-nastu (z dwiema krótkimi przerwami) latach pracy dla firmy zrezygnowałem z niej, a przy tym kłamać, że było zajebiście – żaden debil nawet w to nie uwierzy. Skoro było zajebiście, to dlaczego pan się zwolnił?

Nie, nie przeczytam idiotycznego poradnika scenariuszami rozmów kwalifikacyjnych. A nawet jeśli przeczytam – co z tego? Co z tego, skoro stanąłem w obliczu faktu, że nie ma we mnie zgody na taką rzeczywistość, w której kłamstwo jest w dobrym tonie? W której, w imię nie wiem, czego, muszę utrzymywać, że mój były pracodawca to fantastyczna firma, skoro de facto to organizacja, która ma ludzi za śmierdzące gówna. Co więcej – wcale nie mam na myśli siebie, jako menadżera zespołu, tylko właśnie ten zespół, przed którym musiałem świecić oczami za to, że szefostwo niejednokrotnie śmieje się tym młodym ludziom prosto w twarz i nie stwarza warunków, w których zawodowo mogą się rozwinąć i trwać na tyle stabilnie, żeby zarobić na chleb dla swoich dzieci? Dlaczego mam kłamać, że to firma stosująca nowoczesne standardy, skoro przeciętny pracownik po trzech miesiącach powinien umieć robić niemal dokładnie to samo, co ja, a zarabiać wciąż jedną trzecią tego, co ja, czyli tyle, ile na początku i nie ma szans na to, żeby zarobił więcej, bo mu się trąbi o „wynikach”, które – jak wiaterek zawieje – zawsze mogą być „za niskie”, żeby wreszcie wynagrodzić pracownika również za jego wiedzę i doświadczenie, do jasnej cholery? Gdzie zwalnia się człowieka tylko dlatego, że pani „z góry”, która właśnie sobie przyjechała zrobić „nalot” (bo trzeba robić „naloty”, inaczej kota nie ma i myszy harcują, a tak się myszy stawia do pionu), człowiek się przez kilka godzin nie zdążył spodobać? Gdzie zamiast motywacji stosuje się dozór, nadzór, wszystko jedno, ale pejcz? Gdzie wreszcie tak zwana premia, to – uwierzcie mi – coś tak żenującego, że nie odważyłem się nawet powiedzieć pracownikom, że mogą ją dostać. Gdzie byłoby wielkie oburzenie, że napisałem to, co właśnie napisałem, a nikt nie zwróciłby uwagi na to, że wciąż przestrzegam idiotycznej „tajemnicy służbowej” i nie mówię Wam o kwotach. Nie mówię, nie dlatego, że to tajemnica. Nie mówię, bo mi wstyd, nadal mi wstyd i nadal czuję zażenowanie, kiedy pomyślę o tym tworze premiopodobnym, który nie wiem jakim cudem miałby kogokolwiek zmotywować. Może co najwyżej lekko rozbawić tych, którzy mają naprawdę zabójcze poczucie humoru.

 

            Nie godzę się więc na rzeczywistość, w której mam opowiadać bzdury niestworzone jakieś o tym, jak to mi było miło współpracować. Poza tym dla mnie od razu takie rewelacje śmierdzą kłamstwem na kilometr i to jest chyba oczywiste.

 

            Ale też – z tego względu niepewnie czuję się poszukując nowej pracy.

Wczoraj dowiedziałem się, że nie mogę pracować w sklepie, który ma branżę taką samą, w jakiej dotąd pracowałem i o której wiem chyba absolutnie wszystko, co też jest potwierdzone jakimś śmiesznym certyfikatem-sratem. Nie mogę, ponieważ właściciel, nie wiedzieć czemu, ubrdał sobie, że w tym zawodzie sprawdzi się jedynie osobnik płci żeńskiej. Płeć męska odpada, choćby nie wiem, z jakimi certyfikatami i doświadczeniem.

            Nie mogę też pracować w sklepie spożywczym, ponieważ… nie umiem kroić sera. Jest ponoć jakaś tajemna wiedza dotycząca technologii krojenia sera, której to wiedzy nie posiadłem i w związku z tym nie mogę tej pracy wykonywać. O ile rozumiem i z pokorą przyjmuję do wiadomości, że nie mogę obsługiwać tokarki, frezarki, spawarki, oraz dźwigu suwnicowego, to już z krojeniem sera uważam, że jakoś bym sobie chyba poradził? Nie wiem, zna się ktoś z Was na tym? Może mnie oświecić? W końcu nie chcę kroić ludzi na stole operacyjnym, tylko co najwyżej ser.

            O dziwo, moi drodzy, nie mogę też w Polsce być magazynierem.

Na Wyspach jakoś mogłem obcykać gigantycznych rozmiarów magazyn (naprawdę gigantyczny, bo na terenie starej fabryki samolotów, czy czegoś takiego), tutaj – wiele mi brakuje… Polski magazynier to ho ho! Angielskiemu w zupełności wystarcza dobre oko, pamięć wzrokowa, odrobina znajomości programu magazynowego (w moim przypadku wystarczyła znajomość polskiego programu magazynowego, zwykłego, sklepowego – zasada jest wszędzie taka sama: towar do magazynu trafia, albo z niego wyjeżdża, albo go brakuje, albo jest za dużo – innej opcji nie ma). W Polsce, żeby obsługiwać wózki widłowe trzeba się zapisać na kurs, który kosztuje majątek i kończy się, oczywiście, certyfikatem – sratem. Tam – zdawałem kilkakrotnie taki egzamin, ponieważ robiłem za tłumacza na szkoleniach organizowanych przez pracodawcę. Zatem wózek widłowy znam od podszewki, włącznie z jego częściami, akumulatorem, oraz zasadami bezpieczeństwa. Owszem, nie mam papierku i w tym przypadku uważam, że mieć powinienem (choćby dlatego, że większość nazewnictwa technicznego znam tylko po angielsku), natomiast nie wiem, dlaczego pracodawcy sami nie szkolą sobie operatorów. Trwa to moment, jest w gruncie rzeczy proste jak drut. I znacznie obniżyłoby koszty. A robi się z tego Bóg wie jaką sztukę.

 

            Jestem więc sobie świetnym sprzedawcą bez umiejętności krojenia sera, magazynierem co się zowie, który w Polsce nie ma przyszłości, oraz szefem, z którym chcieli pracować wszyscy (z jednym wyjątkiem, który mówi o mnie źle i ma do tego prawo, ale aferzystów i obiboków nie tolerowałem nigdy), który wolał w końcu zwolnić sam siebie, niż wywalać na zbity pysk dobrych pracowników, młodych ludzi z wiedzą i potencjałem, tylko dlatego, że komuś tam nie przypadli do gustu, nie wiadomo do końca tak naprawdę dlaczego.

 

            Z ciekawością patrzę w przyszłość, która nagle stała się wielką niewiadomą. Czyżby trzeba było wracać na banicję???

13:30, zippo30
Link Komentarze (8) »
niedziela, 29 sierpnia 2010
Nie lubię jakby poniedziałków

            Obudziłem się dziś dokładnie o ósmej zero jeden.

Stwierdziłem ten fakt spojrzawszy na zegarek w telefonie i z zakłopotaniem skonstatowałem, że nie nastawiłem wczoraj wieczorem budzika i gdyby nie ta samoczynna pobudka, to na pewno spóźniłbym się do pracy.

            Rugając siebie za tę nieostrożność zwlokłem się z łóżka i poczłapałem do kuchni w celu zaparzenia i wypicia kawy, oraz do łazienki w celach wiadomo jakich.

            Moje myśli zaczęły krążyć wokół tego, wokół czego krążą już od bardzo, bardzo długiego czasu, czyli wokół problemów pracowych. W obliczu doświadczonej właśnie dwa dni temu kolejnej kontroli, która standardowo miała wygląd nalotu zakończonego agresywnym raportem zawierającym w jednej trzeciej sugestie, jakobym był idiotą, w drugiej trzeciej – sabotażystą, w trzeciej trzeciej – trochę racji, bo gdyby racji tam nie było w ogóle, to nie byłbym nalatywanym, tylko nalatującym. Nawet zastanawiam się, czy obecny nalatujący nie obawia się przypadkiem zamiany ról – zupełnie zresztą irracjonalnie, ale to też temat na osobną opowieść.

            Myślałem zatem o tym, ileż ciekawych maili dziś odbiorę, ile potępienia w nich zastanę, ile rozczarowania szefostwa moją karygodną postawą, ile wyrzutów, poleceń „na już”… Myślałem nawet o tym, jak rozsądnie zareagować na prawdopodobny fakt, że u wrót mych skromnych biurowych katakumb stanie Szefowa Wszystkich Szefów i oświadczy, że właśnie zakańcza proceder korzystania z moich, wątpliwej – jej zdaniem – jakości, usług. Dokończywszy ablucji, wypachniania się, układania misternej koafiury z nagłownego owłosienia, którego w tym miesiącu nie miałem czasu przykrócić, powróciłem do kuchni, by nad kubkiem kawy rozmyślać o tym, co mnie czeka.

 

            Kiedy do wyjścia z domu pozostało mi jakieś dziesięć minut, naszła mnie refleksja, że strasznie szybko minął mi wczorajszy wolny dzień… Tak szybko, że w ogóle go nie zauważyłem… Że wydaje mi się, jakbym raptem wczoraj wieczorem wszedł z pracy…

 

„Zaraz” – pomyślałem. „Zaraz, zaraz… Przecież ja chyba wczoraj byłem w pracy?” – kombinowałem wzuwając obuwie. „Nieprawdopodobne, jak ten czas leci” – kombinowałem dalej zakładając kurtkę. „Ledwie człowiek wyszedł z roboty, odsapnął chwilę, a już trzeba z powrotem w kierat, nawet nie zauważyłem, że miałem wolne”. ZARAZ! – Myślę sobie głośno. Kolego, chwileczkę! Ustalmy jedną rzecz: przecież wczoraj BYŁEŚ w pracy! E, nie, to było przedwczoraj, wczoraj miałem wolne. Hej, jakie wolne? Wracałem wczoraj wieczorem z pracy do domu, nie było mnie w domu w ciągu dnia, bo jeśli jakaś część mnie twierdzi, że byłem, to proszę bardzo – co robiłem? No? No? Eeee – nic nie robiłem, byłem w pracy. To w takim razie jaki mamy dziś dzień tygodnia? Szybkie spojrzenie na kalendarz – jakby niedziela… Niedziela? To by znaczyło, że mam dziś wolne, nie to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, coś mi się majaczy, organizm reaguje obronnie.

„P.” – szarpię śpiącą P. „P., jaki dziś dzień tygodnia?”

„Odwal się, niedziela, czego chcesz?” – czule wyszeptała moja ukochana.

 

Rany boskie… - pomyślałem – czyli to jednak prawda! Kierat zacznie się dopiero od jutra.

Ufff…

 

 

P.S. Informacja dla tych z Państwa, którzy oczekują nowego bloga: jeszcze go nie ma. I wciąż nie wiem, kiedy będzie – w każdym razie kluczyki będą nie do nowego bloga, tylko do tego, który ulegnie utajnieniu. Swoją drogą – widzę, że sporo osób czyta i się nie odzywa, nie znam ich w ogóle. Trochę jestem zmieszany tym nagłym odzewem anonimowych podczytywaczy, zwracam się więc do nich z prośbą o chwilę cierpliwości, muszę to przetrawić – naprawdę. Na razie nie ma co przetrawiać, bo blog jest otwarty. Przetrawiał będę przez zamknięciem. Zaczerwieniłem się też z wrodzonej skromności widząc listę chętnych do dalszego podczytywania – tak poważnie mówiąc – jest mi naprawdę ogromnie miło, że wciąż tu zaglądacie. Każdy, kto gdzieś podskórnie wie, że będzie miał dostęp w dalszym ciągu – ma rację, więc cierpliwości, naprawdę. Dla mnie ten nowy blog to trochę tak, jak z planowaniem poczęcia kolejnego dziecka. Muszę rozważyć wszystkie za i przeciw, zanim wpadnę.

12:58, zippo30
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31