|
Blog > Komentarze do wpisu
J-23 znowu nadaje (chwilowo, I'm affraid...)
Wiadomość z ostatniej chwili: żyję.
Ale nie do końca mam się dobrze, choć pewnie gdyby wziąć pod uwagę wszystkie nieszczęścia, na jakie cierpi ludzkość – powinienem mieć się świetnie, nie narzekać, cieszyć się słońcem, zapachem deszczu, Bóg wie, czym jeszcze. I pewnie stanie się w końcu coś takiego, że będę żałował gorzko, że się tym nie cieszyłem.
Na przykład wsadzą mnie do pierdla. Za morderstwo na nowo przyjętym pracowniku. Nieprawdopodobne, ile agresji może wzbudzić w jednym człowieku drugi, pozornie Bogu ducha winny człowiek. Ale może.
Rozciamkaniem, rozmemłaniem, bidulaniem, rozczulaniem się i takim ogólnym słodkopierdzeniem. ALE – ja jestem profesjonalny i ja doskonale wiem, że sam sobie tak wybrałem. Mój błąd – powinienem był rozpoznać od razu. A nie rozpoznałem. Więc teraz – wywalaj człowieka z pracy, albo morduj – nie wiem, co gorsze.
Co jeszcze porabiam? Władowałem się, proszę ja Was w jakąś przedziwną
machinę i jestem regularnie miażdżony przez różne trybiki. Zasadniczo – dziś jest
Wielkie Święto. Tak, wielkie – można mi składać życzenia z okazji Pierwszych Od
Nie Wiadomo Kiedy Kilku Minut Wyszarpanych Tylko Dla Siebie. Dziękuję,
dziękuję, bardzo ładnie śpiewacie „Sto lat”, obawiam się, że zanim skończycie –
ja już będę pochłonięty cudzym życiem. Bo w zasadzie ostatnio w ogóle nie żyję
swoim życiem, wciąż tylko cudzym. Ato P. coś pilnie potrzebuje i świat się bez
tego zawali, a to żyję życiem firmy (nie pamiętam, kiedy wyszedłem z pracy po przyzwoitych
9 godzinach, a nie później – w domu też pracuję: przygotowuję różne takie
materiały, czasem robię zamówienia), a to próbuję pomóc przyjacielowi, ba,
próbuję nawet napisać książkę (świetna pora, nie? Tyle czasu na to miałem, to
mnie teraz wzięło!), próbuję dorobić trochę, bo niby zarabiam nieźle, ale
jednak trzy czwarte tego idzie na rachunki, a jedna czwarta nadaje się i tak
tylko do oglądania pod mikroskopem. Tak to właśnie świetnie zarabiam. Nie,
żebym narzekał na zarobki, gdzie tam! Narzekam na zdzierstwo, jakie widzę
dookoła. Zarabiam trochę mniej, niż w Anglii, płacę za mieszkanie dużo więcej,
niż tam. Ot, ciekawostka przyrodnicza. I wiecznie, ale to wiecznie ktoś coś chce!!! Oszaleć
można, naprawdę. Sprawy stoją na tyle fatalnie, że jeśli nie dostarczę
otaczającemu mnie społeczeństwu tego, czego ono sobie życzy – jestem srogo
ukarany. No bo jak to: dla X masz czas, a dla mnie to już nie? Jestem mniej
ważny/ważna, tak? O dziwo, najmniej męczy mnie Rodzicielka. Mówi po
prostu: „Jak kiedyś będziesz miał minutkę, to może na kawę wpadniesz…”. Równie
mało dręczy Pomidorek: „Będziemy w kontakcie, daj znać, jak znajdziesz chwilkę”.
Sęk w tym, że dla pomidorka bardzo bym chciał znaleźć chwilkę, ale nie chu chu…
Uznałem, że od teraz nie podejmuję żadnych zobowiązań.
Mail do Prowincjuszki siedzi sobie w mojej skrzynce jako „wersja robocza” i
czeka na zmiłowanie, wybacz, Prowincjuszko. Bardzo dręczy nie praca – dręczy mnie dodatkowo,
zupełnie gratis, poczuciem winy, że „skoro tak mnie męczy, to na pewno źle
organizuję sobie pracę”. Pewnie tak. Kwatera Główna sprawia wrażenie, jakbym
nic nie robił, tylko siedział przed monitorem i czekał w pełnej gotowości na
maila typu: „Proszę do 14-tej napisać taki to a taki raport”. PIK! Piszczy skrzynka (bo mam taką piszczącą), zrywam
się na równe nogi, rrrrrrrrrrrrrrtttt, piszę i gotowe. Nic w tym czasie
przecież innego robić nie muszę, bo mam stosunkowo pozornie nie-czasochłonną
placówkę pod kuratelą. Nie, kurwa, właśnie, że nie. Mam bardzo czasochłonną
placówkę pod kuratelą, bo przez większość czasu jestem tam sam, zespół nie
pracuje równolegle ze mną. Oj, oj, auć! Już słyszę komentarz Kwatery Głównej: „Noooo,
to widać sobie nie radzisz zupełnie, przecież to i tamto”. Tak, może i to, może i tamto. Sęk w tym, że ta
placówka zasadniczo różni się od kilku innych, w których miałem przyjemność przebywać,
a nade wszystko – uczyć się tego zawodu. I ja – oczywiście dam sobie radę z
tym, spokojna głowa. Stanie się to tuż przed tym, zanim całkiem oszaleję. Nawet
nie z powodu samej pracy, bo należę to tych idiotów, którzy w pracy również
mogą spać. Bo lubią. Nie tyle spać, co siedzieć w pracy i robić coś. Takich
idiotów nauka postanowiła sklasyfikować i nadać im nazwę „pracoholicy”. Prawda jest taka, że zaczynam szaleć. Wariować po
prostu. Robię się rozdrażniony, agresja czasem rośnie do 12 w skali 1-10. Bywam
nieprzyjemny dla bliskich mi i serdecznych osób, a nie wiedzieć czemu – oblewam
lukrem zupełnie obce, przypadkowe osoby. Jestem po prostu gdzieś tam pogubiony,
nie mam mapy, nie mam kompasu, kręcę się jak Apacz w przeręblu (wiem, że mówi
się „w przerębli”, ale tak usłyszałem ten tekst po raz pierwszy, a
POZA-TYM-KURWA-MAĆ-DLACZEGO-SIĘ-TŁUMACZĘ!!!). Marzy mi się dom prowincjuszkowych Wieśniaków, choćby
na pięć minut. Żeby było cicho, zupełnie cicho. Żeby myśli nie miały wstępu za
próg. Warmia mi się ogólnie marzy – bo na Warmię moje różne myśli nie dostają
wiz i nie pełzną tam za mną nigdy. Jakimś magicznym cudem zostają na granicy
województwa, wściekłe, że nie mogą mnie złapać w Olsztynie, ani okolicach. A
tak się składa, że nie mogą. Skoro jednak nie mogę na Warmię (a nie mogę, bo już
naprawdę nie mam kiedy, jak Boga kocham, nie mam kiedy), to postanowiłem
książkę napisać. I do tej książki uciekał będę sobie. Choćby to nie wiem jaka
głupota miała być, nie wiem, jaki kicz – to właśnie w ten kicz uciekał będę.
Taki to będzie urlop. W listopadzie będę w Warszawie, a być może w
październiku – takoż. Zasadniczo muszę zawieźć flaszkę do Jedynego Normalnego
Ludzia, jaki mi na tym świecie pozostał i od którego to ja wiecznie coś chcę,
dla odmiany, a nie Ludź ode mnie. Ludzia pozdrawiam i ściskam mocno niniejszym.
Flaszka - wiadomo za co. Ludź ostatnio
po raz n-ty udowodnił, że nie trzeba wcale poruszać nieba i Ziemi, tylko
właśnie Ludzia, bo Ludź może znacznie, ooooo, znacznie więcej, niż niebo i
Ziemia razem wzięte. Ludziu, dowiedziałem się ostatnio, że flaszka dla Cię
ponoć już w stolicy czeka :-) Pojadę – zobaczę, sprawdzę. Macie takiego Ludzia??? Takiego, co Wam tyłek ratuje,
kiedy już wszystko wskazuje na to, że macie przesrane kompletnie i nic się nie
da zrobić? Macie?! Bo ja mam (chwała Najwyższemu!). A w ogóle… Nie macie pojęcia, jak się za Wami stęskniłem
wszystkimi. Strasznie. Za tymi cichymi chwilami, kiedy wokół pusto było i
cicho, świeca paliła się na starym, prababcinym biurku, muzyka w tle jakaś się
sączyła, kadzidełko wonne dodawało uroku (tylko jeden zapach lubię!), tak było
spokojnie, w oddali za oknem las było widać… Nie ma już biurka… Może kiedyś będzie, bo jeszcze nie
wyrzucone, a jedynie rozczłonkowane, w piwnicy czeka na lepsze czasy i na
renowację. Świece pali się teraz tylko od święta, do kolacji we dwoje, samemu
jakoś by mi do głowy nie przyszło… Miałem odpocząć pisząc znowu… A poczułem się jak bezdomny w rzęsistym i zimnym
deszczu. Co zaniedbałem? Przecież to nie miłość odbiera takie rzeczy? O czym
zapomniałem? Nie moje to wszystko dookoła… Nie moje, nie moje, nie moje! A może
mnie-mnie już nie ma? Może istnieję już tylko jako gość w cudzym życiu? Może w
moim własnym już nie ma dla mnie miejsca, bo napakowałem tam masę innych ludzi?
Nie pomógł mi blox… Po raz pierwszy mi nie pomógł. Może czas i z
tym skończyć wreszcie i zacząć, no wiecie, ŻYĆ! Poważnie, twardo stąpając po
ziemi! Nie ma ludzi, są tylko zobowiązania, nie ma przyjemności, są tylko
rytuały udające przyjemność, nie ma życia, jest tylko grafik, a wszystko jest
czarno-białe. Nie ma szarości. Nie ma mnie. Ja się naprawdę skończyłem. Teraz jest
typ, który żyje w mojej skórze, w moim ciele. Porusza się w wyznaczonych
granicach: żeby nie oberwać, po prostu. Od tego, że za mało czasu mu/jej
poświęcam, od tamtego/tamtej, że jestem źle zorganizowany, że za dużo piję, że
za mało piję, że za dużo palę (NO I CHUJ!), że to, że tamto, że sramto. Nie ma mnie już wcale. Zmieniłem się w kawałek plasteliny,
który wszyscy ugniatają na swoją modłę. Tylko serce mam wciąż moje. Wiadomo – złośliwość
losu… poniedziałek, 12 października 2009, zippo30
TrackBack
Komentarze
2009/10/13 12:55:54
oj Misiek.
Jako osoba kapryśna, skłonna do depresji, skłonna do zapadania w różne oderwania doskonale rozumiem ten czekający mail. I czekam cierpliwie. Zresztą. W tym moim-twoim spotykaniu się cudne jest to, że ja doskonale wiem, że nie muszę. Nie muszę pisać, dzwonić, udowadniać obecności.Za to zawsze wtedy gdy czuję, że mam przesrane tak, że lepiej nie można mogę zawołać " pomóż" i wiem, że nie odpowiesz mi milczeniem. Taki mój Ludź jesteś. Prócz ciebie mam jeszcze ze dwie takie sztuki. I obie znasz osobiście :). Zatem Vincencie mój drogi. Sądzę, że wiesz to, ale jak nie wiesz to Ci powiem : do mnie nie musisz nic.. Ja się strasznie cieszę z każdego przejawu Twojej obecności ale brak takowych nie skłania mnie do rozmyślań o miejscu jakie zajmuję na Twojej liście przebojów. Prędzej są to myśli typu "mam nadzieję, że ma się dobrze" . No i , że wiesz, że w przerębli a nie w przeręblu to też wiem, więc naprawdę nie wiem po co się tłumaczysz. Tak czy owak dobrze było poczytać, że żyjesz, jak zyjesz, nawet jeśli nie jest to to co tygryski lubią najbardziej. Warmia jest magicznym lądem...i nic więcej nie powiem. Pracownika nie zabijaj, bo wiesz. Nie da się delikwentowi wytłumaczyć, że jeszcze raz i "paszoł wont" (wiem, że pisze się won, ale w takiej formie to słuchałam od dzieciństwa). całuję. 2009/10/13 19:31:00
Chciałam powiedzieć, że dobrze Cię widzieć, tak w ogóle. Ale że czasem trudno czytać o takim zajobie totalnym, o stanie, który na własny użytek nazywam urwaniem pępka i dopiero naprawdę od bardzo niedawno wiem, co to może znaczyć, choć pokornie podejrzewam, że życie mi jeszcze pokaże jak małona temat urywania owego pępka wiem, i jak pojemne to pojęcie jeszcze może być.
I powiedzieć chciałam, że myśli, jak Prowincjuszkowe krążą "mam nadzieję, że u niego dobrze". I przyznać z popiołem na czubku poczochranej głowy, że ja - o głupia! - nie wiedziałam, że w przerębli. I od dziś będę wiedzieć dopóty, dopóki znów nie zapomnę. I jeszcze chciałam powiedzieć, że wiem, jak to jest mieć Ludzia przez duże Lu w swoim życiu, jakie to daje oparcie, jaki fundament, i jaki ornament :) I ściskam tak Ciebie, jak kciuki za wolne chwile, za Warmię Twoją i za książkę. cmok! 2009/10/14 11:34:58
Vinc - No w końcu!! Dobrze jest cię poczytać, nawet w takim lekko paranoicznym nastawieniu.Jak znowu będziesz na Centralnym to pamiętaj, że Ja ( całkiem niedaleko) macham na przywitanie.
2009/10/23 15:25:15
Uff.... W końcu znak życia :) I dokładnie rozumiem o czym piszesz, bo wiem, co to znaczy, gdy ciągle ktoś coś chce i doby nie wystarcza, a do tego jest się wrabianym w coś, czego nikt inny brać nie chce i jeszcze słyszysz komentarze "Przecież ty masz mało roboty, co ty w końcu takiego robisz" - wrrrrrrr! Więcej czasu dla siebie życzę. Na pisanie, na zamyślenie, na ukończenie książki (jak się ukaże, to od razu lecę się zaopatrzyć, daj znać kiedy ;)).
Co do Ludziów, ja bym się doliczyła nawet 3-4 osób (aż się zdziwiłam). I ciekawe, że wśród nich są tacy, którym zdarza się działać mi na nerwy, ale w razie prawdziwego problemu można walić jak w dym i już mi parę razy skórę uratowali. 2009/10/24 20:30:29
A ja ci takiego Ludzia cholernie zazdroszczę. Ty to bogaty jesteś chłopie.
|
|
Wincencie, juz poprzednio dużo osób Ci pisało: nie przejmuj się tak pracą.
Spróbuj przynajmniej. Tak nie da się żyć na dłużej.
Miałam też osobę, ktora tak działała mi na nerwy, że parcowac nie mogłam. Ale poradziłam sobie z tym.
I miej czas na kawę z Mamą. Naprawdę warto.
No i na notki. Bo ileż można czekać? :))))